sobota, 27 sierpnia 2016

TWILIGHT FORCE - Heroes of mighty Magic (2016)

Twilight Force jest jednym z tych zespołów, przy których łezka się w oku kręci. Nie wiele zespołów power metalowych potrafi przywołać wspomnienia lat 90 i stać się przy tym młodszą wersją rhapsody. Trzeba się w takim wypadku wykazać nie tylko pomysłowością, wyszkoleniem technicznym, ale też i swoistym talentem. Bez tych rzeczy ciężko jest stworzyć coś godnego wielkich zespołów, które stworzyły ten gatunek. Szwedzki Twilight Force na debiutanckim krążku pokazał, że choć istnieją od 2011r to jednak potrafią umiejętnie zbliżyć się do klasycznych albumów Helloween, Sonata Arctica czy Rhapsody. Stawiają na klimat fantasy, na słodkość, podniosłość i chwytliwe melodie. W ich muzyce jest to wszystko, co zawsze pojawiają się w power metalowych kapelach. Mamy szybkość, energię, swobodę, przebojowość i urozmaicenie. Drugi album Twilight Force w postaci „Heroes of mighty Magic” to swoista kontynuacja tego co mieliśmy na „Tales of Ancient Prophecies”. Jednak nowy album jest bardziej dojrzały i bardziej dopieszczony pod względem samych kompozycji. Na albumie wiele się dzieje przez ponad godzinę i mamy wiele ciekawych rozwiązań, które przenoszą nas do lat 90. Już sama okładka zdradza nam z czym tak naprawdę mamy do czynienia. By grać jak rhapsody trzeba mieć świetnego wokalistę i Chrileon z pewnością takim jest. Odnajduje się w górnych rejestrach jak i w tych niższych. Potrafi oczarować swoją manierą i techniką. Ciężko sobie wyobrazić ten band bez niego. Nowy album to również świetny popis gitarzystów, którzy dwoją się i troją by zasypać nas różnymi atrakcyjnymi riffami i solówkami. Faktycznie album jest pełen tego typu rzeczy. To jeden z atutów nowego wydawnictwa, który przez cały czas trzyma w napięciu. Płytę promował otwieracz „Battle of Arcane Might” oraz „Powerwind”, które oddają w pełni styl Twilight Force. Symfoniczny power metal z ciekawymi melodiami i szybkimi riffami, to jest właśnie to. „Guardians of The Seas” potrafi zauroczyć swoim klimatem fantasy. Bardzo dobrze wypada tutaj zabawa tempem i melodiami. Tutaj można też delektować się dobrze dopasowanymi chórkami. Co zaskakuje to na pewno 10 minutowy „There and back again”, który potrafi przenieść słuchacza do świata fantasy. W kawałku dzieje się naprawdę sporo i jest czym się zachwycać przez te 10 minut. Mimo długości trwania utwór nie nudzi, wręcz przeciwnie. „Riders of The Dawn” czy „Keepers of Fate” to takie rasowe power metalowe petardy, które przypominają najlepsze lata Rhapsody, Helloween czy Angra. „Rise of Hero” to nieco słodszy kawałek, ale też naszpikowany słodkości i symfonicznymi patentami. Jednym z moich faworytów na płycie jest niezwykle szybki „To the Stars”, który ociera się momentami o twórczość Dragonforce czy Avantasia, Edguy. Kwintesencja power metalu i wszyscy powinni brać przykład ze szwedów. Tytułowy „Heroes of mighty Magic” to kolejny rozbudowany kawałek na płycie, choć ten jest bardziej podniosły i mające pewne wpływy Hammerfall. Każdy utwór to czysty power metal, mocno zakorzeniony w latach 90. Można dojść do wniosku, że Twilight Force opanował do perfekcji granie symfonicznego power metalu w stylu Rhapsody. Oni żyją latami 90 i miło, że są jeszcze takie zespoły, które potrafią nas zabrać do tego złotego okresu dla power metalu.

Ocena: 10/10

HELSTAR - Vempiro (2016)

Ostatnie płyty amerykańskiego Helstar właściwie niczym nie zaskakiwały. Za każdym razem dostaliśmy mocny heavy/power metal w amerykańskim wydaniu z nutką nowoczesności. Helstar od dłuższego czasu stawiał na mocne, zadziorne riffy i soczyste brzmienie, które jeszcze bardziej podkreśli agresywność partii gitarowych. Taka formuła sprawdzała się, ale „This Wicked Nest” był taki nieco oklepany i tylko solidny. Brakowało tego klimatu i tego elementu zaskoczenia. Choć album nie był zły, to jednak był to czas na jakieś zmiany. James Rivera i spółka postanowili wrócić do korzeni i nawiązać do czasów „Nosferatu”, który jest złotym okresem Helstar. Oczywiście pojawiły się wątpliwości czy zespół podoła i czy rzeczywiście stać ich na taki akt odwagi. Co ciekawe „Vampiro” brzmi bliźniaczo podobnie do słynnego „Nosferatu”. Spora w tym zasługa mrocznego i złowieszczego brzmienia, a także ciekawych aranżacji, które zabierają nas do lat 80. Okładka też ma coś ze starych okładek i od razu daje nam sygnał, że będzie klasycznie. James Rivera śpiewa w swoim stylu, choć bardziej przypomina na tym albumie siebie z lat 80. W zespole pojawił się dawny gitarzysta Dark Empire i jego wkład w nowy materiał jest spory. Wraz z Larrym wygrywa naprawdę mocne i porywające riffy, które brzmią jak te z pierwszych płyt. „Awaken unto Darkness” czy nieco stonowany „Blood Lust” to pierwsze z brzegu dowody na ten stan rzeczy. Jeszcze lepszym kawałkiem jest nieco thrash metalowy „To dust You will become”, który potrafi oczarować chwytliwym riffem i ciekawą sekcją rytmiczną. Nie mogło zabraknąć na płycie prawdziwych petard i w tej roli znakomicie sprawdza się energiczny „From the pulpit to the pit” czy klimatyczny „Malediction”. Każdy utwór to prawdziwa uczta dla fanów gatunku jak i zespołu. Jednym z moich ulubionych kawałków z tej płyty jest „Repent in Fire” z nutką NWOBHM. Mocny kawałek, który bardzo szybka wpada w ucho przez prostą formułę. Z tych dłuższych utworów mamy „Black Cathedral” i „Abolish the Sun”, które przesiąknięte są twórczością Mercyful fate. Całość zamyka spokojniejszy „Dreamless sleep”. Trzeba przyznać, że Helstar zaskoczył tym, że jest wstanie jeszcze nagrywać takie albumy, bowiem „Vampiro” mógłby spokojnie być wydany zaraz po „Nosferatu”. Ten klimat lat 80 jest tutaj wyczuwalny, a same aranżacje też są jakby żywce wyjęte z tamtej epoki. Dobra robota Helstar!

Ocena: 9/10

piątek, 26 sierpnia 2016

THERMIT - Saints (2016)



Od samego początku kibicowałem zespołowi Thermit. W końcu to jest kolejny polski band o ogromnym potencjale. Jest to poznańska formacja, która powstała w 2009 r z inicjatywy Jendrasa, Przydepa i Młodego.  Panowie od dłuższego czasu podbija serca fanów heavy metalu i thrash metalu, zwłaszcza fanów takiego Overkill, Kreator, czy Artillery.  Nie raz już słuchacze docenili ich talent i umiejętności przyznając różnego rodzaju nagrody i wyróżnienia.  Wydali dema czy singiel i to one zwróciły uwagę fanów Thrash metalu czy heavy metalu i pokazały że mamy kolejny band, który może śmiało podbić zagraniczny rynek muzyczny.  Rok 2016 będzie przełomowy dla Thermit i polskiej sceny metalowej. To właśnie w tym roku światło dzienne ujrzał debiutancki krążek zatytułowany „Saints”, który jest wielkim wydarzeniem muzycznym.

Nie jest łatwo stworzyć album, który będzie idealny w swojej formule, który ożywi znaną nam koncepcję i motywy.  Trzeba mieć umiejętności i pomysł by stworzyć materiał  pomysłowy i zaskakujący, przy tym świeży i klasyczny. Thermit dokonał tego bez większego problemu. Ich debiutancki album „Saints” to encyklopedia na temat tego jak grać wysokiej klasy thrash metal, a jednocześnie melodyjny i zadziorny heavy metal. Te dwa światy zostały skrzyżowane i w efekcie powstał znakomity krążek, który przyciągnie fanów tych dwóch gatunków. „Saints” to przede wszystkim płyta energiczna, złowieszcza i nie zwykle przebojowa.  Na sukces tej płyty wpływ miał przede wszystkim utalentowany wokalista Trzeszcz, który nadaje kompozycjom odpowiedniej dynamiki i pazura. Jest  w tym thrash metalowa agresja i metalowa przebojowość. Znakomicie sprawdza się w takim graniu. Z kolei Jendras i Mlody dają czadu w sferze partii gitarowych i panowie idą na całość. Nie bawią się w pół środki i dają tyle ile sił im wystarcza. Słychać zapał, pomysłowość i dobre zgranie. Dawno nie słyszałem takiego szaleństwa jeśli chodzi o solówki i riffy. Kawał dobrej roboty odwalili panowie i zasługują na oklaski. W tyle nie zostaje nikt, nawet sekcja rytmiczna, która napędza całość i czyni ten album prawdziwą petardą. Polski band nagrał 10 kawałków co daje nam ponad 50 minut muzyki. Zaczyna się z grubej rury, bo „Lady Flame” to kwintesencja heavy metalu. Mocny, energiczny riff, spora dawka melodyjności  i  patentów wyjętych z lat 80. Jest w tym nutka thrash metalu i Power metalu. Sam kawałek to hit i przykład, że polski band może konkurować z najlepszymi.   Moc thrash metalu w polskim wydaniu mamy w ostrzejszym „Zombie Lover”, który pokazuje co potrafią gitarzyści. Te solówki przyprawiają o dreszcze i napawają optymizmem. To się nazywa thrash metal w klasycznym wydaniu. Wysoki poziom z otwieracza został utrzymany. Pełno przejść i urozmaicenia mamy w szybszym „Perfect plan”, który w rzeczy samej jest perfekcyjny. Zespół dobrze się bawi przy tym co gra i to słychać. Dzięki takiej atmosferze materiał bardzo szybko  wchodzi i nie trzeba żadnych wspomagaczy. Troszkę od całości odstaje toporniejszy i nieco punkowy „Smoke & Soot”. Thermit potrafi zaskoczyć i dobrze im wychodzi ten zabieg. Stworzyć mrocznego i pomysłowego kolosa, który trwa 8 minut jest nie lada wyczynem. „Fairtyland” to jedna z najlepszych kompozycji na płycie. Nie przeszkadza fakt, że więcej w niej słychać z twórczości Black Sabbath niż Kreator.  Główną atrakcją „Saints” bez wątpienia są szybkie, melodyjne i chwytliwe petardy utrzymane w thrash metalowej konwencji. To właśnie taki energiczny „The last  meal of the king” czy przebojowy “Mr. Two face” są trzonem tej płyty. Całość zamyka niezwykle melodyjny i Power metalowy „Saints”, który jest niezbitym dowodem na to, że Thermin to wysokiej klasy band.

Na świecie są jeszcze takie miejsca, w których marka Thermit jeszcze nic nie mówi, ale to się zmieni. Debiut polskiej formacji to czysta perfekcja i przykład, że można stworzyć materiał łączący klasyczny melodyjny heavy metal z agresywnym thrash metalem. „Saints” to jedna z najciekawszych heavy metalowych płyt jakie powstały na ziemi polskiej i jest to dzieło, które śmiało może konkurować z najlepszymi. Ta płyta jest dynamiczna, chwytliwa i urozmaicona w swojej konwencji. Thermit postawił pierwszy poważny krok w swojej karierze i teraz czekamy na kolejny. Miło jest widzieć kolejną utalentowaną grupę grającą heavy metal, który jest wstanie podbić serca nie tylko rodaków, ale i też maniaków z zagranicy.  Duma rozpiera na samą myśl.

Ocena: 9.5/10

wtorek, 23 sierpnia 2016

BASTIAN - Rock of Daedalus (2016)



Włoski band o nazwie Bastian powraca z nowym albumem tj „Rock of Daedalus” i bez wątpienia jest to wydarzenie dla maniaków heavy metalu i hard rocka, a także energicznego hard’n heavy.  Band powstał w 2003 r z inicjatywy gitarzysty Sebastiano Conti.  Ten projekt muzyczny skupia wokół siebie ciekawe osobistości. Teraz na drugim albumie pojawia się wokalista Micheal Vescera, który znany jest z twórczości Yngwiego Malmsteena i Obsession. Jego talent wokalny jest znany nie od dziś i sprawdza się on w takim klasycznym graniu osadzonym w latach 80. Na drugim krążku pojawia się też perkusista John Macaluso znany też z grania u boku Malmsteena.  Debiut był porządną dawką heavy metalu i hard rocka  z ciekawymi gośćmi. W zasadzie „Rock of Daedalus” jest kontynuacją tego co mieliśmy na debiucie i niektóre pomysły zostały tutaj rozwinięte.  Jest lekkość, jest przebojowość, a riffy zagrane z pomysłem i dozą szaleństwa. Słychać, że panowie wzorowali się na twórczości Thin Lizzy, Rainbow, czy Black Sabbath.  Ta płyta przyciąga już uwagę miłą dla oka okładką, ale na tym nie jest koniec atrakcji. Brzmienie też jest dopieszczone i podrasowane, ale przywołuje lata 80, co było głównym zamierzeniem.  Micheal Vescera  już niczym nie zaskakuje, ale dobrze że nie traci formy i że wciąż sprawdza się w takim graniu. Dzięki niemu płyta brzmi klasycznie i nawiązuje do wielkich kapel i wielkich płyt. To on napędza ten album i to nie podlega wątpliwości. Sporo  w ten album włożył też jego lider czyli Sebastiano. Stawia on na chwytliwość i pomysłowość. Wszystko jest zagrane z poszanowaniem klasyki gatunki, odpowiednich standardów technicznych i z finezją.  Czuć ten hard rock i duch starych płyt Black Sabbath czy Rainbow. Dobrze to odzwierciedla klimatyczny „Man of Light”.  Nieco progresywny „Strange Thoughts”  otwiera ten album, ale pokazuje że Bastian nie ma zamiaru grać na jedno kopyto i znajdziemy tutaj rożne odsłony hard’n heavy.  Stonowany i mroczny „The Pide Piper nasuwa właśnie twórczość Black Sabbath.  Na płycie sporo się dzieje i pojawiają się lekkie kompozycje jak „Vlad” . To właśnie ten kawałek zabiera nas w bardziej emocjonalne rejony.  Dalej mamy energiczny „Man In Black”, który nawiązuje do zespołów w których występował Micheal.  Jest agresywny riff, odpowiednie dynamiczne tempo i duża dawka przebojowości.  Bez wątpienia jest to jeden z najciekawszych kawałków na płycie.  Do gronach dobrych kompozycji warto też zaliczyć  nieco rozbudowany i bardziej progresywny „Steel Heart”. W tym kawałku Sebastiano daje upust swoim umiejętnościom i słychać, że ma w sobie to coś.  Nie potrzebnie został tutaj umieszczony spokojny „Wind song”.  Za dużo w tej balladzie klimatów country i komercyjności.  Vescera i Conti to ciekawe połączenie i zgrany duet, który jest wstanie dostarczyć fanom wysokiej klasy hard’n heavy.  Nie jest to album bez wad, ale jest to kawał solidnego grania, które spodoba się maniakom płyt z lat 80. 


Ocena: 7.5/10

sobota, 20 sierpnia 2016

ACCUSER - The Forlorn Divide (2016)



Germański thrash metal w tym roku ma się całkiem dobrze. Właściwie to sam gatunek thrash metal ma wiele ciekawych propozycji w roku 2016 i wiele wielkich kapel  postanowiło właśnie w tym roku wydać swoje nowe albumy.  Czekamy na premierę Death Angel, Vektor czy Destruction, jednocześnie mamy za sobą premierę choćby świetnego Exumer czy Lost Society.  Accusser to kolejny weteran thrash metalu, które swoje najlepsze wydawnictwa wydał w latach 80 i w sumie ostatnie wydawnictwa nie budziły większego zainteresowania.  Ta niemiecka formacja działa od 1986 r i już dawno temu zapisała się w historii thrash metalu i nie muszą już nic udowadniać. Osiągnęli już wiele i dla wielu fanów  są kultowym bandem. Przez ostatnie lata Accueser skupił się na brutalności i bardziej agresywnym graniu. Postanowili też unowocześnić swoje brzmienie i jakość muzyki, co wpłynęło  dość poważnie na ostateczny wydźwięk „The Forlorn Divide”. Najnowsze dzieło to kawał porządnego thrash metalu i brutalnego grania, które może od razu tak łatwo nie wchodzi. Warto jednak zagłębić się w ten materiał i odkrywać jego piękno za każdym odsłuchem. W swojej konwencji „The Forlorn Divide” wypada naprawdę dobrze i dobrze wypadają tutaj zarówno gitarzyści Frank i Dennis  , a także poczynania wokalisty Franka.  Wokalnie Frank zaskakuje bardzo pozytywnie. Niby śpiewa brutalnie i bardzo techniczne, ale ma to swój urok.  Mocnym atutem tej płyty jest mocne i soczyste brzmienie, a także równy i dobrze rozplanowany materiał.  Na płycie znajdziemy rozpędzony „Lust for Vengeance” który przywołuje na myśl starsze płyty Accuser.  Większa dawka energii i agresji jest w melodyjnym „ Arbitary Law” czy klimatycznym „Impending Doom”. Do mocnych momentów warto też zaliczyć mroczniejszy „Perish by Oblivion” czy też chwytliwy „Tribulation”, który pokazuje, że zespół potrafi tworzyć proste i zapadające w głowie kawałki.  Na sam koniec mamy dwie petardy w postaci „Suffur Rain” i bardziej rozbudowanego „Flow opf Dying”. Czego brakuje na płycie to jakieś urozmaicenia, jakiegoś elementu zaskoczenia, ale i te braki można wpisać w koszty.  Nowy album kipi energią, pokazuje jak powinno grać się techniczny, brutalny thrash metalu i to na wysokim poziomie. Jeden z najlepszych albumów  Accuser ostatnich lat. Warto go mieć w swojej kolekcji.


Ocena: 8/10

czwartek, 18 sierpnia 2016

SABATON - The last Stand (2016)

Ostatnie dokonania Sabaton pokazywały, że zespół jest bez formy i bez pomysłu na ciekawy materiał. Powodem tego bez wątpienia były roszady w roku 2012, które przyczyniły się do tego, że ze starego składu został wokalista Joakim i basista Par. Skład uzupełnili doświadczeni muzycy, którzy grali w takich zespołach jak Nocturnal Rites czy Evegrey. Dawało to szanse na jakieś rewolucje czy zaskoczenie. Jednak Sabaton zbytnio nie kombinował ze swoim stylem i „Heroes” tylko w części potrafił zaskoczyć. Jako całość była to porażka i źle stawiała Sabaton w świetle Civil War, który został założony przez dawnych muzyków Sabaton. Nie sądziłem, że szwedzki band, który cieszy się taką popularnością jest stać jeszcze na jakiś zryw i stworzenie czegoś na miarę „Art of War” czy „Coat of Arms”. Długo oczekiwany ósmy album studyjny Sabaton jednak zaskakuje pod względem świeżości jak i samej jakości kompozycji. Muzycy są bardziej zgrani, co słychać choćby po współpracy Thobbe i Chrisa. Partie gitarowe zagrane są z polotem, bez jakiegoś takiego przymusu i w dodatku potrafią zaskoczyć swoją formą. Jest agresywnie, dynamicznie i nie brakuje ciekawych melodie. Pod wieloma względami słychać podobieństwa do „The art of war”, Tak więc jest epicki klimat i przebojowy charakter albumu. Kolejnym plusem jest to, że płyta jest zwarta i właściwie nie ma tutaj dłużyzn. Same krótkie kawałki sprawiają, że płyta w żaden sposób nie męczy swoją formą. Rewolucji w stylu nie ma, ale jest kilka ciekawych smaczków które dają całości świeżości. Sabaton dalej gra swoje, z tym że tym razem brzmi to mocarnie. Płytę otwiera kawałek „Sparta”, który jest na temat bitwy pod Termopilami. Jest bojowo, jest podniośle i sama melodyjność kawałka potrafi zaskoczyć. Niby typowy Sabaton,a z drugiej strony zaskakuje formą, ciekawymi przejściami i aranżacją. Dobrze odświeżona znana nam formuła, która wciąż się sprawdza. Duch „The Art of War” ożył na nowo. Nieco ostrzejszy jest „Last Dying Breath”, który pokazuje, że Sabaton wie jak grać power metal. Utwór, który zaskakuje formą, wykonaniem i całym kunsztem jest bez wątpienia „Blood of Bannockburn”. Jest tutaj coś z Grave Digger i ich kultowego „Tunes of War” czy też z hard rocka lat 70. Ciekawa kompozycja, która nie od razu pasuje do twórczości Sabaton. Szwedzi dawno nie zaczynali tak mocno albumu i z taką pewnością. Drugim utworem, który promował album był „The Lost batalion”. Bardzo dobrze wybrany singiel, który przenosi nas do ery „The art of War”. Stonowane tempo, chwytliwy refren i melodyjny główny motyw. Cały Sabaton w pełnej krasie. „Rorke Drift” to świetna power metalowa petarda, która opowiada o bitwie pod Rorke Drift. W podobnej energicznej konwencji utrzymany jest „Hill 3234”.Tytułowy „The last stand” brzmi jak kopia „The art of War”, ale to również jeden z najlepszych kawałków na płycie. W niczym nie ustępuje dynamiczny „Shiroyama”, który pokazuje że Sabaton przypomniał sobie swoje najlepsze lata. To jest kolejny hit na płycie i takich utworów naprawdę miło się słucha. „Winged Hussars” to znów ukłon dla polskich fanów i polskiej historii. Kłania się bitwa polska turecka z 1683 r zwana bitwą pod Wiedniem. Sama konstrukcja kawałka przypomina „Uprising”. Całość zamyka równie udany i podniosły „The Last Battle”. W limitowanej wersji płyty pojawia się naprawdę udany cover Judas Priest w postaci „All guns Blazing”. No kto by pomyślał, że potrafią grać tak nieco ciężej. Sam album „The last stand” zaskakuje wyrównanym poziomem kompozycji, soczystym brzmieniem i ciekawymi rozwiązaniami. Każdy utwór to killer i kwintesencja stylu Sabaton. Wszystkie fakty doprowadzają nas do jednej właściwiej konkluzji, a mianowicie takiej, że „The last stand” to jeden z najlepszych albumów tej formacji. Zaliczę może nawet do top 3 albumów Sabaton.

Ocena: 9.5/10

SERIOUS BLACK - Mirrorworld (2016)

Wiele super grup kończy na debiucie i najczęściej są postrzegane jako odskocznia od macierzystych formacji danych muzyków. Najwidoczniej Serious Black nie jest takim zespołem i nie poprzestał tylko na „As Daylight Breaks”, który zebrał naprawdę przyzwoite recenzje na całym świecie. W sumie miło jest widzieć, że taki band złożony z gwiazd heavy/power metalu staje się zespołem z prawdziwego zdarzenia. W końcu dali całkiem niezłe koncerty u boku Hammerfall czy gamma Ray. Jest to o tyle ciekawe, że Urban Breed jakoś nie jest typem wokalisty, który długo gości w jednym zespole. Jednak ciężko sobie wyobrazić ten zespół bez niego. Niesamowita technika, umiejętność śpiewania w wysokich rejestrach to jest coś co go wyróżnia. To on czyni ten zespół niesamowity. Roland Grapow czy Thomen Stauch też sporo wnieśli. Niestety w drugim akcie w postaci „Mirrorworld” zabrakło ich. Tą lukę wypełnili Alex Holzwarth znany z Rhapsody of Fire, czy wreszcie gitarzysta Bob Katsionis znany z Firewind. Skład uzupełnia Dominik sebastian czyli gitarzysta Edenbridge, basista Mario Lochert ( ex Visions of Atlantis) oraz klawiszowiec Jan Vacik. Same gwiazdy, która każda z nich jest wstanie zrobić sporą przewagą nad innymi płytami w tym gatunku. Nowy album jest bardziej dojrzały, bardziej zwarty, bardziej energiczny i słychać więcej power metalu. Mamy mieszankę melodyjnego power metalu z nutką symfonicznego czy progresywnego. Słychać echa macierzystych kapel i w sumie to nie powinno nas dziwić. Na płycie mamy 9 kompozycji i płytę otwiera klimatyczne intro w postaci „Breaking the Surface”. Kwintesencja power metalu przejawia się w melodyjnym „As long as im alive”,, który zabiera nas w różne rejony heavy/power metalu. Sporo się w nim dzieje i można już to wywnioskować z głównego motywu. Ciekawa przejścia i urozmaicenia są miłą ozdobą. Można odnieść, że Urban i jego głos w ogóle się nie starzeją. Niesamowita forma wokalna i to słychać od samego początku. Dobrym tego przykładem jest energiczny „Castor Skies”, który ma coś z neoklasycznego power metalu i twórczości Firewind. Ten kawałek to przede wszystkim skupisko ciekawych zagrywek gitarowych. Tutaj dają popis zarówno Bob jak i Dominik. Nawet bardziej rockowy i komercyjny „Heartbroken Soul” sporo wnosi. Kawałek idealnie pobudzający emocje. Jeśli ktoś ceni chwytliwą melodie, mroczniejszy klimat i zadziorny riff, ten z pewnością zakocha się w przebojowym „Dying Hearts”. Trzeba przyznać, że zespół jest w lepszej formie niż na debiucie i znacznie lepiej radzą sobie z łączeniem przebojowości, agresywności i melodyjności. Ta muzyka naprawdę cieszy ucho i potrafi ukazać to co najlepsze w power metalu. „You're not alone” to power metalowa petarda, która była wzorowana na twórczości Gamma Ray, Helloween, Edguy czy Stratovarius. Na pewno na plus tutaj trzeba zaliczyć partie klawiszowe osadzone w latach 70 czy 80. Tytułowy „Mirrorworld” to również bardziej hard rockowy kawałek, który ma coś z Rainbow czy Deep Purple. Zespół szybko wraca do klimatów Helloween, Stratovarius czy Sonata Arctica co pokazuje dynamiczny „State of my despair”. Kolejna świetna petarda, który odzwierciedla klasę zespołu. Zamykający „The unborn never die” też trzyma wysoki poziom i również utrzymany jest w szybszym tempie. Słabych utworów tutaj nie ma i każda kompozycja to prawdziwy killer. Wielkie nazwiska czasami potrafią przesądzić o jakości danej płycie i „Mirrorworld” jest tego żywym dowodem. Świetna, wręcz bezbłędna płyta, która trzyma w napięciu do samego końca. Czekam na kolejny atak Serious Black.

Ocena: 9.5/10

RECKLESS LOVE - Invader (2016)

Jakoś nigdy nie natknąłem się na fiński glam metal z domieszką hard rocka w wykonaniu Reckless Love. Troszkę odstraszał image sceniczny i bardziej młodzieżowy charakter tego zespołu. Teraz nadarzyła się okazja by to zmienić. „Invader” to ich czwarty album. Trzeba mieć na uwadze, że zespół jest doświadczony i wie jak zainteresować potencjalnego słuchacza. Zaczynali w 2001 r jako cover band Guns Roses i w sumie po dzień dzisiejszy został im coś z stylu Guns Roses. W swojej muzyce potrafią wtrącić elementy wyjęte z twórczości Def Leppard , Bonfire czy Aerosmith. Do tego nutka szaleństwa i młodzieńczy zapał. W swojej kategorii są znani, a sukces zawdzięczają swoim prostym i zapadającym w głowie hitom. Nowy album jest równie udany co poprzednie i potwierdza fakt, że zespół jest utalentowany i stać ich na wiele. Trzonem Reckless Love jest charyzmatyczny i żywiołowy wokalista Oli Hermann oraz gitarzysta Pepe. Razem tworzą zgrany duet. Oli stara się śpiewać czysto i na swój sposób, co dodaje całości uroku. „Invader” to przede wszystkim kopalnia hitów i dobrze zagranych solówek. Jest w tym nutka komercyjności, ale jakoś to nie wpływa na jakość muzyki zawartej na płycie. Już sam otwieracz „We are the weekend” dobrze nastraja i pokazuje, że zespół potrafi tworzyć hity. Ostrzejszy „Hands” wyróżnia się mocniejszy riffem i ciekawszymi zagrywkami Pepe'a. Ten element też błyszczy w szybszym „Bullettime”, który należy zaliczyć do mocniejszych momentów na krążku. Komercji i popowych melodii nie brakuje co odzwierciedla lekki „Scandinavian Girls”. Nieco słodki w swojej formule, ale przebojowości nie można mu odmówić. Dalej mamy żywiołowy „Pretty Boy Swagger”, który przypomina stare hity Def leppard. Klasyczne rozwiązania skrzyżowano z młodzieńczym zapałem i polotem. Taka mieszanka dobrze wypada co potwierdzają „Rock it” czy rytmiczny „Dynamite”. Każdy z tych utworów to kwintesencja stylu Reckless Love, a nowy album w postaci „invader” to jeden z ich najciekawszych albumów. Jeśli ktoś lubi glam metal, hard rock i pop ten odnajdzie się w świecie fińskiej formacji Reckless Love.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

RUNNING WILD - Rapid Foray (2016)

Kiedy w 2009 roku świat obiegła wiadomość, że Rock;n Rolf kończy swoją piracką podróż to poczuł smutek i wiedziałem że heavy metal już nigdy nie będzie taki sam. Muzyka Running wild towarzyszyła mi od samego początku i to był jeden z tych zespołów, dzięki któremu pokochałem ten rodzaj muzyki. Szybko stał się też jednym z moich najbardziej ulubionych zespołów, który tak naprawdę nigdy nie nagrał słabego albumu. Na powrót do biznesu nie trzeba było długo czekać. Fakt, była to dziwna reaktywacja wielkiego zespołu, bo bez pełnego zespołu, bez sekcji rytmicznej i bez jakiegoś pomysłu. „Shadowmaker” był nieco innym albumem, bardziej hard rockowym, bardziej mrocznym. Problem tkwił przede wszystkim w braku prawdziwego perkusisty czy basisty. Mimo że nie jest to najlepszy album tej grupy, to jednak cieszył fakt, że ulubiona kapela wróciła do świata żywych. Szybko nagrano kolejny album i w roku 2013 ukazał się świetny „Resilient”, który był już bliższy starym albumom z lat 90. Wokal Rolfa był ciekawszy, a i kompozycje bardziej przebojowe i dynamiczne. Okładka też bardziej nawiązywała do pirackiego stylu i w końcu można było cieszyć się muzyką Running Wild. Od tamtego wydawnictwa minęło 3 lata, zespół zagrał koncert na Wacken w roku 2015 i tam zaprezentowali najnowszy kawałek „Into the West” . Tak o to ruszyła machina promowania najnowszego dzieła zatytułowanego „Rapid Foray”.

Mocną stroną Running Wild od zawsze były okładki i to one potrafiły nas wprowadzić w klimat danej płyty. Patrząc na najnowsze dzieło Jensa Reinholda jest miłe dla oka i utrzymane jest w pirackim stylu. Można doszukać się podobieństw do „Rogues en Vogue” czy „The Brootherhood”. Jens oczywiście bazował na zdjęciu, które zrobił sam Rolf. Nad brzmieniem pracował Rock'n Rolf i Niki Novy, a trzeba przyznać, że nie powala na kolana. Jest troszkę płaskie i takie sztuczne. W sumie to one jest najsłabszym punktem płyty. Jednak Rolf nadrobił materiałem. Trzeba było czekać 3 lata i w sumie wynikało to z kontuzji Rolfa. Czas jednak pozwolił lepiej przygotować materiał, który jest bardziej złożony i bardziej zaskakujący niż na poprzednich dwóch albumach. Płyta nie jest taka prosta i banalna, są liczne motywy, które upiększają album. Same kompozycje są już bardziej klasyczne, bardziej dopracowane i urozmaicone. Dzieje się w nich naprawdę sporo i to pod wieloma względami przypomina stare albumy. Zaczyna się od „Black Skies, Red Flag”. Nie jest to petarda, ale zaskakuje ciekawym melodyjnym wejściem. Po kilku sekundach wkracza riff rodem z płyty „Black Hand Inn”. Dzieje się w tej kompozycji całkiem sporo i tutaj można dostrzec pewne urozmaicenia i wplecenie kilku motywów. Bardzo dobrze wypadają solówki Rolfa i Petera Jordana, który sporo zrobił dla Running Wild. Jego praca jest warta uwagi, zwłaszcza jeśli chodzi o riffy i współgranie z Rolfem. Przypominają się stare dobre czasy. Dalej mamy nieco szybszy, agresywniejszy „Warmongers”. Wejście niezwykle energiczne i od razu rzuca się znacznie ciekawsza sekcja rytmiczna i perkusja jest bez wątpienia o wiele żywsza na tym krążku niż na dwóch poprzednich. Nowy album zaskakuje klasycznymi patentami i niezwykle wysoką formą Rolfa jeśli chodzi o wokal. To kolejny aspekt, który sprawia, że przypominają się najlepsze dokonania tej kapeli. Rolf nie był sobą, gdyby nie stworzył chwytliwego refrenu i ciekawej linii melodyjnej. Te właśnie stanowią o potędze tego kawałka. Sama konstrukcja, styl i jakość przypominają klimat „Black Hand inn”. Stonowana perkusja i pulsujący bas, a potem soczysty riff i mamy nieco toporniejszy kawałek w postaci „Stick To Your Guns”. Zaczyna się ciekawą porcją solówek. Black Hand inn ma to do siebie, że nie od razu wszystko da się w nim odkryć i cechują się swego rodzaju topornością. Ten kawałek idealnie oddaje te cechy i w sumie można go porównać do „Soulless” czy „Resilient”. Niemiecki heavy metal wysokich lotów, który potrafi umilić czas. Kolejnym nieco szybszym kawałkiem na płycie jest tytułowy „Rapid Foray”. Cechuje go niezwykła melodyjność i przebojowość. Lekki i przyjemny utwór, w którym Rolf nie boi się wykorzystać hard rockowy feeling z poprzedniego albumu. Sam Rolf najbardziej dumny jest z „By the Blood of your Heart”. Faktycznie jest to podniosły i bujający kawałek. Jego zaletą jest prosty i zapadający w głowie riff, a także epicki refren. Znów mamy wrażenie, że przenosimy się w czasie, tylko że tym razem do ery pierwszych dwóch płyt. Przypominają mi się tutaj dwa kawałki, a mianowicie „Chains and Leather” czy „Prisoners of Our time”. Rolf zaskoczył tutaj wykorzystaniem elementów muzyki szkockiej, co trochę przypomniało „Tunes of War” Grave Digger. W karierze Running Wild było sporo instrumentalnych kawałków i w sumie miło, że znów wrócono do tego rozwiązania. Fani „Evilution” z Death or Glory na pewno zachwycą się klimatycznym i urozmaiconym „The Depth of the sea – Nautilus”. Kawałek przepełniony jest ciekawymi motywami i solówkami. Dalej pojawia się prawdziwy hit w postaci „Black Bart” i długo czekałem na utwór w klimatach „Jeenings Revenge” czy „The Privateer” i ten utwór to ma. Też tutaj słychać, że perkusja jest ciekawsza a i lider zespołu ma więcej frajdy z gry. Bardzo udany riff, warstwa melodyjna czy partie gitarowe. Można go dodać do najlepszych utworów Running wild. Końcówka płyta jest równie ciekawa co początek. „Hellestrified” wyróżnia się mocniejszy riffem, toporniejszym charakterem, ale to wciąż bardzo mocny i melodyjny heavy metal. Bardzo energicznie zaczyna się „Blood Moon Rising” i to tez nieco żywszy kawałek, który próbuje nas przenieść do czasów „Black Hand Inn” czy „Pile of Skulls”. Album promował od samego początku przebojowy „Into the west”, który bliźniaczo przypomina „Billy the kid” z Blazon stone. Rolf zaskakuje, że po tylu latach wciąż potrafi grać na takim poziomie. Kompozycja porywa chwytliwym riffem, melodyjnością i refrenem, który po prostu porywa. Na sam koniec mamy coś wyjątkowego czyli „Last of the Mohicans”. Tak „Blody Island” przywrócił wiarę, że Rolf nie zapomniał jak tworzyć kolosy. To było coś wyjątkowego i wiele z nas się zachwyca dalej tym utworem. Natomiast nowy kolos to prawdziwa piękna, podniosła, rozbudowana i pełna smaczków kompozycja. To kwintesencja stylu Running wild i taka twórczość tej grupy w pigułce. Tutaj nawet perkusja brzmi żywiej, a riff to prawdziwa uczta dla fanów albumów „Pile of Skulls” czy „Black Hand inn”. Wiele kolosów Rolf stworzył, ale „Treasure island” i „Genesis” uważane są za te najlepsze. „Last of the mohicans” może śmiało z nimi konkurować. Można doszukać się wiele podobieństw. Początek kiedy mamy lektora, spokojne akustyczne wejście, liczne przejścia, motywy, sporo solówek, klimat, piracki refren, który buja. Świetne zwieńczenie świetnej płyty, która na długo zostaje w pamięci.

Te najlepsze albumy Running Wild zostają na długo w pamięci, co jakiś czas odkrywamy je na nowo i przeżywamy ich wielkość. To mieszanka pirackiego klimatu, mocnego heavy metalu, pięknych solówek, mocnych riffów i przebojowości. Wielu będzie szukać dziury w całym, że perkusja sztuczna, że zespół ma late świetności za sobą. Czy rzeczywiście tak jest? Dawno nie słyszałem tak dopracowanego i zaskakującego albumu Running Wild. Dawno nie było tak złożonego i bardziej wymagającego materiału. Dawno nie było tak piracko i tak klasycznie. Album klimatem przypomina „Black Hand inn”. Dobrze, że w 2011 Running Wild powrócił do grania i że nie zakończył swojej pirackiej podróży. Choć nie grają koncertów, choć nie zespołu w pełnym składzie, to jednak muzycznie wciąż potrafią zaskoczyć i wzruszyć swoich fanów. Śmiało można wpisać Rapid Foray do grona tych najlepszych albumów Running Wild.

Ocena: 9.5/10

HELLSHAKER - The Contract (2016)

Na szwedzkim rynku muzycznym co roku pojawiają się jakieś nowe kapele, które chcą zwojować heavy metalowy świat. W tym roku swoich sił próbuje Hellshaker, który działa od 2013 roku. Specjalizuje się w graniu mocnego, dość mrocznego heavy metalu w którym można doszukać się wpływów Judas Priest, Helstar, Accept, czy Innerwish. Stawiają w swojej muzyce na mocne riffy, na ostre zagrywki i wyrazisty wokal, który jest wstanie przyciągnąć uwagę swoim niezwykłym wokalem. Esa Englund jako frontman jest idealny i ciężko sobie wyobrazić kogoś innego. Dzięki niemu debiutancki album Hellshaker „The Contract” błyszczy na swój sposób. Wokalnie przypomina Ronniego Munroe czy James Dio. Trzeba przyznać, że odwala kawał dobrej roboty na tej płycie. Co ciekawe Esa to nie jedyny atut Hellshaker. W zespole kluczową również odgrywa zgrany duet gitarzystów i ta para naprawdę rozumie się. Mattias i Anders uzupełniają się i wygrywają naprawdę wciągające i pomysłowe solówki. Jedynie czego brakuje na tej płycie to jakiś takich wyrazistych hitów i większego urozmaicenia. Jednak te wady giną szybko w gąszczu mocnego heavy metalu. Sam materiał broni się. „Breaking Rocks Burning Fuel” to solidny otwieracz, który z pewnością który dobrze zwiastuje co tak naprawdę nas czeka na tym albumie. Dobrze wypadają takie kawałki jak „Eyes of Betrayl”w których zespół ociera się o thrash metal. Nie zabrakło na płycie prawdziwych petard i warto tutaj wspomnieć o „impaler” czy melodyjnym „To live Another day”. Najlepszym utworem na płycie jest bez wątpienia rozpędzony” heart of Lion”, który wieńczy ten krążek. Jasne takich płyt jak „The Contract” jest pełno na rynku i naprawdę jest w czym wybierać. Jednak Hellshaker zadbał o jakość swojej muzyki, o ciekawe kompozycji i pokazał, że stać ich na wiele. Niezły początek i czekam na więcej w ich wykonaniu, bo bez wątpienia drzemie w nich ogromny potencjał.

Ocena: 8/10