czwartek, 23 lutego 2017

SCREAMER - Hell machine (2017)

Klasyczny heavy metal i fascynacja latami 80 nigdy się nie znudzą i w sumie dobrze, że są jeszcze młode kapele, które starają się dbać o to żeby nikt nie zapomniał o heavy metalu i latach 80. Taki Steelwing, Striker, Enforcer czy Screamer niby nic nowego nie grają, ale sprawiają że słuchacz przenosi się do lat 80 i przypominają się nasz ukochane albumy naszych kapel, które sprawiły że pokochaliśmy ten rodzaj muzyki. Budzi się w nas uczucie sentymentu i choć jest wtórne to co słyszymy to i tak czerpiemy z tego wielką radość. Screamer to szwedzki band, który konkuruje z Ambush czy Enforcer. Szwedzka stal daje o sobie znać przy tych zespołach. Jeśli chodzi o Screamer to mieli dobry start, ale czegoś brakowało. Na „Phoenix” rozwinęli się i minęły 4 lat, więc czas na nowy album czyli „Hell Machine”.

Skład zespołu uległ zmianie, bowiem pojawił się basista Fredrik Carlstrom oraz wokalista Andreas Wikstrom. Jednak nowe osobistości nie zmieniły stylu kapeli i panowie dalej grają dynamiczny, melodyjny heavy metal, który jest osadzony w latach 80. Dla fanów starego Judas Priest czy Iron Maiden jest to pozycja obowiązkowa. Sama okładka wygląda jak miks „Screaming for Vengeance” i „Defenders of the faith”. Jest kicz, ale jest też klimat lat 80 i to chodzi. Tym razem zespół postawił na szybki, dynamiczny i treściwy materiał. Na płycie znalazło się tylko 8 kawałków, co daje nam niecałe 40 minut muzyki. Nowy wokalista tj Andreas daje czadu i nie żałuje swojego głosu. Śpiewa technicznie, ale nie brakuje mu technicznego zaplecza i charyzmy. Idealnie pasuje do heavy metalu z lat 80 i to słychać w przebojowym „Lady of the Night”. Na otwieracz wybrano jednak „Alive” i w sumie mnie to nie dziwi. Kawałek jest dynamiczny, zadziorny i bardzo przebojowy. Duet gitarowy Dejan i Anton pędzą do przodu i nie brakuje im ikry. Niby nic oryginalnego, ale jest w tym serce muzyków i ich zapał. Do promocji krążka wykorzystano chwytliwy „On my way”, w którym nie brakuje też nutki hard rocka. Złożone solówki, melodyjny riff i szybsze tempo to atuty energicznego „Hell Machine”. Spokojnie zaczyna się „Warrior”, jednak nie jest to ballada, ani też epicki kolos. To zadziorny i bujający kawałek nawiązujący do NWOBHM. Hołd dla Saxon to bez wątpienia „Denim and leather” i nie to nie jest cover klasyku Saxon. Koncówka płyty jest również emocjonująca bo pojawia się petarda „Monte Carlo Nights”, który jest jednym z najlepszych utworów Screamer. Całość zamyka bardziej urozmaicony i mroczniejszy „The punishment”.

Zespół darował sobie jakieś wolniejsze kawałki, tak więc nowy album to prawdziwa petarda. Jest szybko, prosto i do przodu, a każdy utwór daje sporo frajdy. „Hell machine” to wycieczka do lat 80 i to przez najlepsze dzieła Saxon, iron Maiden czy Judas Priest. Jestem za jeśli tak ma to brzmieć. Najlepszy album Screamer póki co.

Ocena: 9/10

PSYCHOPRIM - Creation (2016)

Nie tak dawno pod skrzydłami wytwórni płytowej Pure Steel Records pojawił się debiutancki krążek Psychoprism. Jest to propozycja przygotowana specjalnie do tego grona słuchaczy, którzy cenią sobie twórczość Lordbane, Crimson glory, czy Queensryche. Amerykański band Psychoprism stara się nas zabrać do świata progresywnego power metalu w klasycznej odmianie. Z jednej strony stawiają na sprawdzone rozwiązania, a z drugiej strony chcą brzmieć świeżo i nowocześnie. Taki właśnie jest ich debiutancki album „Creation”, który zawiera wszystko i jest niezwykle urozmaicony. Znajdziemy tutaj rozpędzone kompozycje utrzymane w power metalowej stylizacji z podniosłym refrenem co dowodzi „Chronos”, ale też stonowane i bardziej emocjonalne kawałki co potwierdza ballada „Friendly Fire”. Muzyka zawarta na tym krążku to prawdziwa przygoda i to od pierwszych minut, kiedy płytę otwiera klimatyczne intro w postaci „Alpha”. Od razu można się przekonać jak ważną rolę w zespole odgrywa gitarzysta Bill, który stawia na finezję i niezwykłą technikę. Każdy kto lubi muzykę Yngwiego Malmsteena czy Iron mask dostrzeże pewne podobieństwa. Shredowe popisy stanowią główną atrakcją płyty Psychoprism. Jess Rittgers z łatwością wkracza w wysokie rejestry i momentami przypomina Geoffa Tate'a czy Kinga Diamonda. Bardzo dobrze to odzwierciedla tytułowy „Creation”. Z kolei więcej energii i agresji mamy w dynamicznym „Shockwaves”, natomiast „The Acclaimed” jest bardziej progresywny. Słychać, że partie klawiszowe są futurystyczne i nadają płycie odpowiedniego klimatu. Zespół bardzo dobrze radzi sobie z bardziej rozbudowanymi kompozycjami co tylko potwierdza pomysłowy „Againts the grain” czy melodyjny „The Wrecker”. Całość zamyka bardziej stonowany i rockowy „Stained Glass”. Całość jest bardzo dobrze wyważona, a zespół zaskoczył pomysłami i swoimi umiejętnościami. Jeden z najciekawszych debiutów roku 2016 i ta płytę trzeba mieć w swojej kolekcji.

Ocena: 9/10

poniedziałek, 20 lutego 2017

WIDOW - Carved in Stone (2016)

carved in Stone” to piąty album amerykańskiego bandu o nazwie Widow. Każdy kto siedzi w klimatach Alice Coopera, Van Halena, Ozziego Osbourne'a, czy Manowar, Jag Panzera ten z pewnością przekona się do muzyki Widow. Panowie nie są debiutantami i znają się na swojej robocie, w końcu mogą się pochwalić 16 letnim doświadczeniem w branży. Na nowy album przyszło czekać pięć lat i przez ten czas nieco zmienił się skład zespołu. Pojawił się nowy perkusista w postaci Robbiego Mercera. Sam band opiera się w głównej mierze na zadziornym wokalu Johna i ciekawych zagrywkach Chrisa. To co znajdziemy w „Carved in Stone” to mieszankę hard rocka mocno zakorzenionego w amerykańskiej tradycji, a także heavy metalu. Nieco przybrudzone brzmienie, ostre riffy i chwytliwe melodie czynią ten album naprawdę wartym uwagi wydawnictwem. Klimatyczny otwieracz „Burning Star”, nieco bardziej bojowy „Carved in Stone” wprowadzają nas w dobry nastrój i dają nadzieję na naprawdę wartościowy materiał. Rzeczywiście tak jest, bowiem zespół nawet zaskakuje prawdziwą petardą jaką jest „Wisdom”. Zespół daje nam dopiero odpocząć przy balladzie „Time on your Side” , który potrafi wzruszyć swoim klimatem. Płyta jest równa i na swój sposób urozmaicona, ponieważ są mocne, toporniejsze kawałki typu „and we are one”, heavy/power metalowe kawałki typu „off the blood we bind”, który potrafią przyprawić o szybsze bicie serca, ale to też miejsce dla hard rockowych motywów jak choćby ten w „Let it Burn”. Widow jest w formie i znów wydał naprawdę solidny krążek, który zadowoli nawet tych najbardziej wybrednych maniaków muzyki z pogranicza hard rocka i heavy metalu.

Ocena: 7.5./10

niedziela, 19 lutego 2017

BULLETRAID - Louder than all ep(2017)

Kto lubi klasyczny heavy metal spod znaku Iron maiden, Judas Priest, czy Accept i do tego lubi być na bieżąco z polskim rynkiem heavy metalowym musi obczaić mini album grupy Bulletraid w postaci „louder than all”. Choć okładka jest tragiczna, choć może logo nie daje jasnych sygnałów, to jednak muzyka Wam to wynagrodzi w 100 %.

Co warto wiedzieć o Bulletraid to na pewno to, że kapela powstała na gruzach Tripout założonego w 2011r i choć skład ulegał zmianie to kapela przetrwała i zarejestrowała swój pierwszy materiał. Buleltraid może sporo działać, bo ma w składzie wokalistę Grzegorza Kolasińskiego, który momentami brzmi jak Rock;n Rolf z Running Wild. Łukasz i Mikołaj z kolei dbają o ciekawe partie gitarowe i słychać, że jest między nimi chemia. Wszystko co jest zagrane na epce jest zagrane z lekkością, pazurem i miłością do heavy metalu. Panowie są autentyczni i szczerzy w tym co przekazują nam. Inspiracje, które słyszymy są jak najbardziej na miejscu i wykorzystują je na potrzeby swojego stylu. Na płycie nie brakuje mocnych riffów, ciekawych melodii i przebojów. Idąc tą ścieżką zespół może wiele zdziałać i osiągnąć sukces podobny do Axe crazy czy Roadhog. „Seven days of grind” to bardzo dobry otwieracz z mrocznym klimatem, z prostym riffem i chwytliwym refrenem. Niby do bólu wtórne, ale dostarcza sporo radości z odsłuchu. Melodyjne i złożone pojedynki na solówki to atrakcja stonowanego „Behind The Mask”. Dalej mamy przebojowy i energiczny „Not good place for You”, który przemyca elementy Helloween czy Judas Priest. Nutka hard rocka wybrzmiewa w „We want it louder”, który ma coś z twórczości Dio czy Manowar. Jest jeszcze klimatyczny, balladowy „Welcome to your dying Day”, który pojawia się jako bonus.

Jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy, ale sam szkielet i podstawy są bardzo solidne i jest na czym bazować. Panowie grać potrafią i mają szansę zabłysnąć zagranicami Polski. Dobrze, że heavy metal u nas ma się tak dobrze.

Ocena: 7/10

VATICAN - March of the kings (2017)

Dawno, dawno temu w odległej miejscowości Sandusky w Ohio powstał band o nazwie Vatican. Zespół ten grał specyficzny amerykański heavy/power metal na wzór takich zespołów jak Metal Church, Cirith Ungol, Warlord, Helstar czy wielu innych. W swojej muzyce potrafią wtrącić coś również bardziej progresywnego, mrocznego i być przy tym sobą. Vatican swoje początki kariery spędził na tworzeniu dem, na szukaniu odpowiedniego stylu ina radzeniu sobie z przeciwnościami losu. W 2014 r nawet wydano komplikacje, jednak świat cały czas czekał na debiutancki album. Ten ma mieć premierę 24 marca tego roku i „March of the kings” to jest coś na co było czekać.

Kiedy mówimy o płycie perfekcyjnej? Kiedy każdy element jest idealnie, dobrze dopasowany i nie ma miejscu na wpadki. Musi wszystko ze sobą współgrać i być czymś więcej niż zbiorem kilku utworów. „March of the Kings” brzmi jakby został stworzony w latach 80/90 i pokryto go współczesnym brzmieniem, smaczkami i nadano ostry wydźwięk. Ta płyta jest naturalna i taka autentyczna. Nic nie zrodziło się tutaj z przypadku, a fani starych dobrych płyt spod znaku Judas Priest, Kinga Diamonda, Black Sabbath, Iron maiden, Cirith Ungol czy wiele innych wielkich zespołów będą w siódmym niebie. Mamy tutaj uzdolnionego perkusistę Vica, który biję z rytmem w gary i zapewnia niezłą dynamikę na płycie. Liderem grupy jest Brian Mcnasty, który znany jest również z Savior from Anger. Jego wokal jest imponujący i w tym roku będzie ciężko przebić. Śpiewa naturalnie, ale nie brakuje w tym zadziorności i mroku. Momentami śpiewa jak Mike Howe, czasami przypomina Kinga diamonda, a czasami jeszcze Tima Rippera Owensa. Klasa sama w sobie i do teraz zbieram szczękę z ziemi. Z kolei Vince Vatican odpowiada za te ostre, mocarne riffy, które są zagrane z pasją. Słychać ogromną dbałość o technikę, ale przy tym jest hołd dla klasyki gatunku. To co się dzieje w tej sferze przechodzi ludzkie pojęcie. Szkoda, że na albumie znalazło się tylko 10 utworów, bo człowiek chce więcej i więcej takiego heavy/power metalu w takim wydaniu.

Zaczyna się od ciekawego wejścia gitar i nieco progresywnego zacięcia. Nie to nie Savatage, to nie King Diamond, to Vatican i świetny otwieracz w postaci „Alive to the Grave”. Soczyste brzmienie, ostro cięta gitara i wysokiej klasy wokal Briana. Już na myśl przychodzą największe płyty heavy metalowe i można śmiało obok nich postawić to co tutaj słyszymy. Nabieramy szybkości, dynamiki i wkraczamy w „Deadly wind”, który gdzieś tam przemyca coś z starego Running Wild, Attacker czy Metal Church. Do tego mroczny klimat i ciekawe przejścia sprawiają, że zespół nieco zmienił feeling płyty, a przecież dalej grają to samo. Judasowy riff rodem z „screaming for Veangence” czy „Point of entry” i śmiało można rzec, że „running” to klasyczny heavy metal w brytyjskim wydaniu. Mocny bas rozpoczyna „Mean streak” i znów można się poczuć jak za w latach 80. Niby banalny motyw, a ile radości daje i miłych wspomnień. Tym razem Vatican pokazuje, że i z hard rockiem bardzo dobrze sobie radzą. Numer 5 to killer w postaci „Falling from Grace”, który rozpoczyna popis sekcji rytmicznej. Idealny przykład jak robić heavy metalowe hity, które zostają na długo w pamięci. Ostry riff, dudniąca sekcja rytmiczna i już jestem zakochany w tym co słyszę. Przypomina mi się Savage Grace, Krokus z czasów „Headhunter” czy Metal Church z debiutu. Dalej mamy stonowany „Waysted”, który nastawiony jest na melodyjność i przebojowość. Bardzo dobrze wypada też marszowy „Fears Garden” czy odświeżony „Die a Heart Attack”, który pojawił się już na demie w latach 80. Końcówka płyty jest również emocjonująca pojawia się techniczny, agresywny i nieco thrash metalowy „Corruption” i melodyjny, złożony instrumental w postaci „Opus#9”.

Można by długo jeszcze pisać jak świetny to jest album i jak znakomicie łączy w sobie to co najlepsze z amerykańskiego heavy/power metalu i znanych nam klasyków z dziedziny heavy metalu. Dawno nie było takiej płyty, która by tak brzmiała, która by zawierała tak dopracowane i wyszukane kompozycje. Ten album z miejsca jest już klasykiem, który można postawić obok naszych ulubionych krążków heavy metalowych z lat 80/90. Czysta perfekcja i kandydat do płyty roku.

Ocena: 10/10

VESCERA - Beyond the Fight (2017)

Micheal Vescera to jeden z najbardziej zapracowanych muzyków heavy metalowych i co jakiś czas pojawia się płyta z tym wokalistą. To człowiek, który dał się poznać jako wokalista w zespole Yngwiego Malmstena, Loudness czy Obession. Do ostatnich ciekawych wydawnictw z nim w roli głównej na pewno trzeba zaliczyć Animetal Usa czy powrót z Obsession. W tym roku Micheal Vescera powraca z swoim zespołem Vescera, który wydał debiutancki album „Beyond the Fight”.

Vescera podpisał kontrakt z Pure Steel Records, po tym jak solowy projekt Micheal Vescera przekształcił się w pełnoprawny zespół. U jego boku jest dobrze działająca sekcja rytmiczna i uzdolniony gitarzysta Mike Petrone, który wygrywa sporo intrygujących i zadziornych partii gitarowych. Solówki zagrane są z nutką finezji i z polotem. Na płycie słychać, że panowie dobrze się bawią i całość brzmi bardzo naturalnie. Nie jest to zagrane na siłę, zwłaszcza że Vescera gra muzykę już nam znaną z innych wcieleń Micheala Vescera. Tak więc usłyszymy tutaj coś z Loudness, coś z Obsession czy Animetal Usa. Co na pewno zaskakuje to, że płyta jest bardzo równa, dynamiczna i przebojowa, a przy tym klasyczna. Jest to bez wątpienia jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich lat, jeśli chodzi o tego wokalistę.

Płytę otwiera dynamiczny, agresywny, speed metalowy „blackout in paradise”, który zaskakuje techniką, wykonaniem i aranżacjami. Dawno Vescera tak mnie nie zaskoczył, ale brzmi to fenomenalnie. „In the night” jest prostszy w swojej formie, choć nie jest to jego wadą. Większa zadziorność i hard rockowy feeling sprzyja temu kawałkowi, czyniąc go jednocześnie jednym z największych hitów na płycie. Jeszcze ostrzejszy jest bez wątpienia „Stand and fight”, który ociera się o amerykański power metal. Tutaj słychać jak niezłym gitarzystą Mike Portney, który potrafi połączyć dynamikę, agresję i melodyjność. Nieco toporności i takiego mroku można uświadczyć w „Dynamite”, który ma coś z Accept. Ostry riff to cecha energicznego „Looking for Trouble”, choć i tutaj band przemyca znamiona hard rocka. Dalej jest również dobrze bo pojawia się urozmaicony „Vendetta” i chwytliwy „Trouble Man”, który utrzymują wysoki poziom płyty. Na sam koniec mamy równie udany i przebojowy „Suite 95

Micheal Vescera wrócił z naprawdę bardzo dobrym album, który oddaje to co najlepsze w jego twórczości. Nie zabrakło killerów, prawdziwych hitów i ciekawych zagrywek gitarowych. Jest klasycznie, jest mocno i do przodu. Ta płyta ma szansę namieszać w zestawieniach tegorocznych.

Ocena: 8.5/10

sobota, 18 lutego 2017

BATTLE BEAST - Bringer of Pain (2017)

Wiele różnych opinii można spotkać jeśli chodzi o fiński band o nazwie Battle Beast. Ten młody zespół grający melodyjny heavy metal szybko zdobył sławę. Wygrali walkę debiutów na Wacken Open Air w 2010 i tak idąc za ciosem wydali debiut „Steel”, który odniósł spory sukces komercyjny. Zespół pokazał, że potrafi grać solidny heavy/power metal z domieszką stylów Bloodbound, Lordi, sabaton czy Dio. Nitte Valo okrzykniętą żeńską wersją Ronniego James Dio i kariera stała otworem przed tym zespołem. Nie każdy załapał ten słodki metal okraszony różowymi melodiami i nieco kiczowatą formą. Jednak kto kocha przebojowość i chwytliwe melodie szybko się odnalazł. „Unholy savior” był jak dla mnie mało metalowy, a bardziej dyskotekowy. To była tortura dla uszu, ale nie skreśliłem ten zespół. Oczekiwałem cierpliwe „Bringer of Pain” i jestem zaskoczony.

Po premierze „King for a Day” nie liczyłem na coś specjalnego. Spodziewałem się kiczu i porażki z poprzedniego albumu, a tutaj jednak zostałem mile zaskoczony. Płyta jest lekka, przebojowa, zagrana z pomysłem i naprawdę słychać ten melodyjny metal. Słychać te nawiązania do Dio, Sabaton, Lordi czy Bloodbound. Noora daje niezły popis swoich umiejętności wokalnych i ten element na pewno nie zawodzi. Nowa świeżość to bez wątpienia zasługa nowego gitarzysty Joona, który dołączył do zespołu w 2016 roku. Nowy album to 40 minut dynamicznej i przebojowej muzyki, która przenosi nas do dwóch pierwszych wydawnictw Battle beast, które są wyznacznikiem stylu i poziomu muzycznego tej kapeli.

Zaczyna się energicznie i nieco w stylu Sabaton, ale zadziorny „Straight to the Heart” to jest hit, który szybko zapada w pamięci. To jest właśnie Battle Beast taki jaki lubię. Echa starego warlock słychać w zadziornym i ostrym riffie w początkowej fazie „Bringer of Pain”. Dawno band nie grał tak szybko i tak złowieszczo. Tutaj słychać świetne nawiązania do Sinbreed czy Hammerfall i ja to kupuje. W sumie Battle Beast mógłby śmiało podążać w tym kierunku. „King For a day” to utwór promujący ten album i choć na początku mnie nie przekonywał, to teraz na albumie pasuje mi do całości i dostrzegam jego zalety. Ma przebojowość Abba, a sama konstrukcja przypomina mi „Enter the metal world” z debiutu. Fani nightwish na pewno po lubią dynamiczny i przebojowy „Beyond The Burning Skies”, w którym świetny popis wokalny daje Noora. Przebój goni przebój i zespół nie zwalnia tempa. Stonowany „Familliar Hell” ma coś z dokonań Lordi i ten hard rockowy feeling słychać tutaj. Melodyjny „Bastard Son of Odin” to kolejny mocny punkt tej płyty i pokazuje jak w dobrej formie jest zespół. Klasyczne brzmienie Accept czy Warlock przemawia w riffie do „We will Fight” i śmiało ten kawałek może być zagrany na koncertach zespołu. Nawet ballada „Far from heaven” broni się i potrafi zapaść w pamięci.


No i obawiałem się kiczu i mało metalowego krążka, a tutaj Battle beast mnie zaskoczył. Wrócili do grania z dwóch pierwszych albumów i to cieszy, bo w tym wcielaniu zespół jest najbardziej autentyczny i skuteczny. Śmiało można sięgać po „Bringer of pain”.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 16 lutego 2017

PLACE VENDOME - Close to The Sun (2017)

Micheal Kiske przygotowuje się do trasy z Helloween w ramach „Pumpkin United” i o tym, że jest w bardzo dobrej formie potwierdził ostatni album Unisonic. Jednak Kiske to również inny projekt muzyczny w postaci Place Vendome, który działa od 2004r. Ten projekt powstał z inicjatywy szefa wytwórni Frontiers i był postrzegany jako Pink cream 69 z Kiske na czele. Nic dziwnego bo ten projekt tworzą Dennis ward, Kosta Zafiriou i Uwe Reitenauer, którzy grali w Pink Cream 69. Place Vendome to nieco inna bajka niż Helloween czy Unisonic. Jest to muzyka na pewno lżejsza i bardziej skierowana do maniaków Aor czy Hard Rocka. Co ciekawe projekt ten przetrwał próbę czasu i teraz udało się wydać 4 album zatytułowany „close to the Sun”.

Kiske wrócił do metalu i jego głos jest jak za dawnych lat, dlatego zainteresowanie albumem na pewno wzrosło. Zwłaszcza, że próbki z nowej płyty były ciekawe i dawały nadzieję na naprawdę interesujące wydawnictwo. Miła dla oka okładka i lista uzdolnionych gości w postaci Gus G, Mandy Mayera czy Kaia Hansena sprawiły, że oczekiwania były jeszcze większe. Znów kilku znanych muzyków zajęło się pisaniem utworów, przez co płyta jest urozmaicana, ale jakaś taka niespójna. Czego na pewno brakuje to tej lekkości Aor, tego ciepłego i romantycznego klimatu i przebojowości. Jest kilka ciekawych momentów, ale jako całość to jest nudne na dłuższą metę. Tytułowy „Close to the Sun” potrafi zaskoczyć nieco mocniejszym riffem i dobrze wplecionymi melodiami. Jest gdzieś w tym pazur i to może się podobać. Przede wszystkim Kiske jest głównym motorem tego projektu i to na nim często się słuchacz skupia. Niestety tło czasami jest nie do końca trafione. Płytę promował niezwykle przebojowy i energiczny „Welcome to The Edge”, który dawał nadzieję na ciekawy album. Utwór łączy w sobie to co najlepsze z Unisonic i wczesnych płyt Place Vendome. Bardzo dobra mieszanka hard rocka i heavy metalu. Taki powinien być cały album i to byłby dobry kierunek. Nutka progresywności, nieco więcej power metalu jest w „Hereafter” który jest całkiem udanym coverem DGM. Dobrze wypada też nieco marszowy „Across The Times” czy nieco mocniejszy „Riding The Ghost”, w których gościnnie występuje Kai Hansen. Moim faworytem od samego początku był „Light before the dark” z atrakcyjnym i zadziornym riffem. Jest tutaj Gus G i przewija się duch Firewind. Kompozycja taka nie w stylu Place Vendome i bardziej bym ją przypisał do Unisonic. Spokojniejsze „Falling Star” czy „Helen” starają się nam przypomnieć początki Place Vendome, ale te kompozycje są nijakie. Czyste rzemiosło, bez większych emocji. Całość zamyka też poprawny „Distant Skies”.

Wielki szum, duże oczekiwania, a album jest poprawny i bez fajerwerków. Kiske jest w świetnej formie, ale uleciała magia i klimat Aor. Można posłuchać, ale nie zapada na długo w pamięci. Nie pomogła nawet bogata lista ciekawych gości.Szkoda

Ocena: 5.5/10

LEGION -War Beast (2016)

11 lat przyszło czekać fanom amerykańskiego Legion, który specjalizuje się w graniu heavy/speed metalu mocno zakorzenionego w latach 80. W ich muzyce można doszukać się wpływów Judas Priest, Accept, czy Warlock. Panowie stawiają na klasyczne rozwiązania i patenty, które były już dawno temu wymyślone i zaprezentowane. Nie ma w tym za grosza oryginalności, ale nie o to przecież chodzi w tym. Co raz więcej jest kapel typu Legion i trzeba się wykazać ciekawymi pomysłami na kompozycje. W tym aspekcie amerykański band wypada całkiem dobrze, ale nie jest to ta liga co Enforcer czy Skull Fist. Band już w 2005 r wydał debiutancki album „Shadow of the king” i był to kawał solidnego heavy metalu. Choć od tamtego wydawnictwa minęło sporo czasu, to jednak zespół dalej idzie tą samą drogą. „War Beast” jako nowe dzieło pokazuje przede wszystkim nie przeciętne umiejętności wokalisty Ralpha Gibbonsa, który tchnął w band więcej życia. „On the pale horse” to dynamiczny otwieracz, który idealnie odzwierciedla speed metalowe fascynacje Legion. Jest szybkość, jest klasyczne brzmienie i ciekawe zagrywki gitarowe, a to przyczynia się do łatwiejszego odbioru płyty. Jeszcze ciekawszym utworem jest żywiołowy „Gypsy Dance”, który jest bardziej przebojowy. Mroczniejszy „Bricks of Egypt” ma coś z Black Sabbath czy Dio. Jest cięższy riff, marszowe tempo, a także rozbudowaną formą. Energiczny „War beast” to jeden z najlepszych utworów na płycie i prawdziwa petarda. Końcówka płyty to toporniejszy „Future Passed” i ballada „Luna”, które ukazują inne oblicze zespołu. Płyta mimo wtórności potrafi zaskoczyć i dostarczyć sporo frajdy, zwłaszcza fanom heavy metalu z lat 80.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 13 lutego 2017

ALMAH - E.v.o (2016)

Kiedy Edu Falaschi pojawił się w Angra, to wielu z wątpiło czy uda mu się zastąpić godnie Andre Matosa, ale jakoś sobie poradził. Co ciekawe też udało mu się z Angrą nagrać naprawdę udane albumy. Tamte czasy raczej nie powrócą, ale na szczęście jest jeszcze jego inny band w postaci Almah, który początkowo był tylko bocznym projektem muzycznym. Ostatnie płyty Almah był zbyt przekombinowane i tworzone na siłę. Teraz zespół ma nowego gitarzystę w postaci Diogo Mafri i perkusistę Pedro Tinello. 3 lata przyszło czekać na nowy album „E.V.O”. W końcu jest to album, który przywołuje stare dobre czasy Angra, czy też pierwsze krążki Almah. Jest dużo ciekawych progresywnych motywów, a przede wszystkim znów słychać, że mamy do czynienia z power metalem. Pod tym względem na pewno „E.V.O” jest wielkim zaskoczeniem. Kolejną ważną zmianą jest powiew świeżości, a także swego rodzaju urozmaicenie. Każdy kto gustuje w brazylijskim power metalu ten szybko odnajdzie się na nowym krążku Almah. Sama okładka jak i brzmienie potwierdzają, że zespół włożył sporo sił w efekt ostateczny. Otwieracz „Age of Aquarius” ma wciągający, magiczny klimat i idealnie przemyca patenty znane z Angra. Od razu słychać, że zespół przemyślał pewne kwestie i poszedł po rozum do głowy. „Speranza” to lekki i przyjemny kawałek, który zachwyca przede wszystkim melodyjnością i konstrukcją. Więcej progresji i rockowego feelingu mamy w nieco bardziej stonowanym „The Brootherhood”. Kto woli nieco ostrzejsze i nowocześniejsze granie, ten bez wątpienie po lubi utwór nr 4 czyli „Innocence”. Mocnym punktem jest nieco żywszy i bardziej rozpędzony „Higher”, który pokazuje, że zespół wie jak grać power metal. W podobnej konwencji utrzymany jest „Infatuated” czy mroczniejszy „pleased to meet You”. Płyta naszpikowana jest przebojami i dzięki temu fajnie się tego słucha. Jednym z takich najlepszych jest bez wątpienia „Final Warning” czy melodyjny „Capital Punishment”. Jestem zaskoczony, że udało się Almah nagrać taki wyrównany i energiczny materiał, który nie nudzi. Jest progresywność, urozmaicenie i masa ciekawych motywów. Bez wątpienia „E.V.O” to jeden z najlepszych albumów Almah i jeden z ciekawszych wydawnictw w kręgu progresywnego metalu.

Ocena: 9/10

piątek, 10 lutego 2017

ARMORY - World peace ... cosmic wars (2016)

Jeśli ktoś ma obsesję na speed metalu w stylu Agent Steel, Savage Grace czy Liege Lord ten powinien zapoznać się z debiutanckim krążkiem szwedzkiego Armory. „World peace...cosmic war” to pozycja, która pozwoli nam poczuć klimat s-f, a także płyt heavy metalowych z lat 80. Przede wszystkim jest to album, który jest prosty w odbiorze, a sam zespół stawia w dużej mierze na dynamikę, zadziorność i chwytliwość. Choć jest to debiutancki album szwedzkiej formacji, to jednak trzeba przyznać, że odnajdują się w tym co grają. Wokal Anderssona na pewno jest naturalny i bardzo przekonujący. Z kolei Ingelman i Sundin stwarzają dobre tło w postaci solidnych riffów, zadziornych solówek i chwytliwych melodii. Cała konstrukcja utworów może jest i banalna, ale potrafi porwać i wciągnąć. „Cosmic War” to energiczny kawałek, który przemyca sporo cech z heavy metalu i speed metalu z lat 80. Niby brzmi znajomo, a mimo to potrafi dostarczyć sporo frajdy. Nieco ostrzejszy jest „High Speed death”, który ma w sobie ducha thrash metalowych produkcji lat 80/90. Na uwagę zasługuje „Spinning towards Doom”, który wyróżnia się pomysłowym riffem. Echa Megadeth, czy Agent Steel można usłyszeć w „Artificial Slayery”. Końcówka jest bardzo udana i tutaj pojawia się przebojowy „Final Breath” czy bardziej rozbudowany i urozmaicony „Space Marueders”. Ogólne wrażenia bardzo pozytywne, pomimo że utwory są na jedno kopyto. Z płyty bije pozytywna energia i duch lat 80. Solidna speed metalowa pozycja.

Ocena: 8/10

środa, 8 lutego 2017

IRON MASK - Diabolica (2016)

Jednym z najbardziej uzdolnionych gitarzystów w świecie muzyki metalowej jest bez wątpienia Duschan Petrossi. Jego gra potrafi pobudzić zmysły i przenieść do innego świata, który jest pełen magii. Daj nam słuchaczom dwa świetne zespoły w postaci Magic Kingdom i Iron mask, które odgrywają kluczową rolę w neoklasycznym power metalu. Ostatnie dzieło Magic Kingdom było wręcz idealne i pokazywało cały kunszt muzyka. Przede wszystkim jego lekkość, pomysłowość i zamiłowanie do muzyki poważnej. To dawało nadzieje, że za nie długo zostanie wydany nowy album Iron mask.

Iron Mask to dla mnie przede wszystkim dwa pierwsze wydawnictwa w postaci „Revenge is my name” oraz „Hordes of The Brave”. Te płyty charakteryzowała niezwykła energia i przebojowość, a popisy gitarowe przyprawiają o ciarki. Kiedy Iron Mask powrócił w 2010 z kolejnym albumem to może już nie był tak wysoki poziom, ale od tamtej pory nie zeszli poniżej pewnego wysokiego poziomu. „Fifth son of the Winterdoom” to ostatnie dzieło i choć było nieco hard rockowe to i tak potrafił porwać słuchacza i wciągnąć w ten cały neoklasyczny świat. Teraz po 3 latach band wraca z nowym albumem w postaci „Diabolica” i jest to pierwszy krążek z Diego Valdezem. Co ciekawa forma i wykonanie kompozycji pod wieloma względami przypomina pierwsze dwa krążki. Dużo jest energii, ciekawych zagrywek gitarowych Duschana. Jest lekkość, jest pomysłowość i urozmaicenie, w dodatku Diego znakomicie odnajduje się w muzyce Iron mask. „I dont forget i Dont forgive” to utwór, który idealnie odzwierciedla ten stan rzeczy. Kawałek zagrany z pasją i polotem, a sama konstrukcja przypomina dwa pierwsze albumy. Nieco bardziej rozbudowany jest melodyjny „Doctor Faust”, który ma w sobie sporo ciekawych motywów muzyki klasycznej. Podniosły i niezwykle przebojowy „Galileo” to kolejna petarda na płycie. Słychać, że Iron mask jest w znakomitej formie. Duschan nie opuszcza poziomu w równie dynamicznym „Oliwer twist”, który również oddaje to co najlepsze w neoklasycznym power metalu. Nieco marszowy, nieco rockowy „March 666” potrafi oczarować klimatem i podniosłością. Do promocji albumu posłużył przebojowy „All for metal” i to był na pewno dobry wybór. Kawałek prosty w swojej formie i od razu wpada w ucho. Druga połowa płyty jest nieco bardziej zaskakująca. Pojawia się stonowany i mroczniejszy „The Rebellion of Lucifer”, który zabiera nas w klimaty Dio czy Black Sabbath. Nieco zadziorny i bardziej metalowy „Ararat” z przepięknym refrenem w roli głównej. Znakomitym zwieńczeniem płyty jest kolos w postaci „Cursed in the Devils Mill”.

Jeśli komuś brakowało na ostatnich płytach Iron Mask energii, przebojowości i ducha pierwszych płyt, ten może odetchnąć. „Diabolica” to album, który przypomina nam twórczość Iron Mask z pierwszych dwóch albumów. Tak więc jest dużo neoklasycznego power metalu, dużo intrygujących zagrywek Duschana i świetny popis Diego, który znakomicie spisał się w roli wokalisty Iron Mask. To trzeba posłuchać!

Ocena: 9.5/10

niedziela, 5 lutego 2017

EMERALD - Reckoning Day (2017)

Muzyka szwajcarskiego bandu Emerald nie jest niczym odkrywczym i w zasadzie jakoś nie wyróżnia się na tle innych zespołów grających heavy metal z domieszką power metalu. Choć Emerald nie kryje zamiłowania do twórczości Omen, Iron maiden, Savatage, Judas Priest, Warlord czy Jag Panzer to jednak starają się mieć swój własny styl i brzmieć świeżo. Zespół działa od 1995 r i cały czas wydaje solidne płyty, które potrafią zaskoczyć wyrównanym poziomem i przebojowością. Emerald to machina, która działa bez usterek i póki co nie zardzewiała. Ostatni album ukazał się w 2012 r, jednak kiedy udało się zebrać nowy skład to i zespół wrócił z nowym albumem zatytułowanym „Reckoning Day”.

Okładka jest prosta i taka w klimatach Iron Maiden, a brzmienie mocno osadzone w latach 80. Muzycznie Emerald nie zmienił się w przeciągu tych 5 lat i dalej gra swoje. Choć słychać, że dokonali kilka kosmetycznych zmian. Pojawiają się bardziej złożone i wyrafinowane solówki Michaela i Juliusa. W roli nowego wokalisty sprawdza się na pewno Mace Mitchel, który zastąpił George'a Calla. Odnajduje się w wysokich rejestrach, a dodatkowo potrafi śpiewać zadziornie i agresywnie. Nowy nabytek wlał sporo świeżości do muzyki Emerald. Sam album śmiało nawiązuje do najlepszych dzieł zespołu i trzyma poziom poprzednich wydawnictw.

Zawartość to ponad 60 minut soczystego heavy/power metalu, gdzie druga część płyty to koncept „The burguardian wars”, który bazuje na noweli „Der lowe von burgund” napisanej przez klawiszowca Thomasa Vauchera.

Płytę otwiera zadziorny i ostry „Only the ripper wins”, który nawiązuje do heavy metalu amerykańskiego spod znaku Helstar czy Omen, ale też Judas Priest. Tutaj klasę pokazuje Mace, którego wokal jest idealnie do tego co gra Emerald. Duża dawka melodyjności, energii pojawia się w żywszym „Black Pyramid”, gdzie zespół nie kryje zamiłowania do twórczości Iron Maiden. Wokalista George Call daje gościnny występ w przebojowym i bardziej power metalowym „Evolution In reverse”, który jest jednym z najmocniejszych momentów na płycie. Odrobina toporności i mroku dodaje smaku zadziornemu „Horns Up”. Ten utwór potrafi oczarować słuchacza prostym i chwytliwym refrenem. Dawny wokalista daje o sobie znać jeszcze raz w bardziej energicznym „Through The Storm”. Nawet kiedy zespół zwalnia i stawia na epicki charakter to i tak potrafią zaskoczyć fana i pokazać klasę. Świetnie to obrazuje „Ridden by fear” czy w tytułowym „Reckoning Day”. Do udanych utworów na pewno warto zaliczyć rozbudowany i bardziej progresywny „Reign of steel”. Całość zamyka epicki i klimatyczny „Signum dei”.

Niby są zminy, niby tyle czasu minęło od ostatniego dzieła w postaci „Unleashed”, ale Emerald dalej jest sobą. Nowy wokalista Mace wlał trochę świeżości i agresji do muzyki szwajcarów. „Reckoning day” to przede wszystkim równy i zróżnicowany album, który dobrze się słucha. Nie można pominąć tego dzieła w roku 2017.

Ocena: 8/10

IRON FIRE - AMONG THE DEAD (2016)

Jednym z tych zespołów, które marnuje swój potencja jest bez wątpienia Iron Fire. Jest to duńska formacja, która gra power metal z wpływami klasycznego heavy metalu. Mieli udany debiut w postaci „Thunderstorm” potem było różnie i w sumie ostatni warty uwagi album to „To the Grave” z 2008 r. teraz po 4 latach band powraca z 8 studyjnym albumem, który jest zatytułowany „Among The Dead”. Mówi się, że nowy krążek to coś dla fanów „Better than Raw” Helloween, „The Dark Saga” Iced Earth, czy „Black in Mind” Rage. Ma być to swoista podróż do lat 90. „Among The Dead” rzeczywiście ma coś z tych albumów. Podobny mroczny klimat, mieszankę heavy metalu i power metalu i podobnie jak w tamtych płytach tak i tutaj sporą rolę odgrywają mocne, zadziorne riffy. Martin Steene to gwiazda tego zespołu i to dzięki niemu ten band wciąż jako tako funkcjonuje. Nawet Martin na tym albumie stara się być agresywniejszy i bardziej heavy metalowym wokalistą. Na pewno plusem jest toporniejsze, mroczniejsze brzmienie, czy wreszcie miła dla oka okładka. Sam miks był robiony w polskim studio, co jest miłym zaskoczenie. Tematycznie Iron Fire poszedł w kierunku jaki zaprezentował Hammerfall na „Infected”. Troszkę to nie pasuje do Iron Fire, ale to już materiał na inny temat. Jak wypada album? Nie jest to najlepsze dzieło duńskiej formacji, nie jest to też najlepsze co słyszałem w tym roku, a jedynym plusem jest to że zespół stara się zaskoczyć słuchacza, szuka nowych patentów. Pojawia się growl, pojawiają się thrash metalowe riffy, co potwierdza choćby „Higher Ground”. Do składu wrócił dawny kolega czyli Gunnar, który jest naprawdę solidnym perkusistą. Tytułowy kawałek „Among the Dead” cechuje się ciężkim riffem i zadziornymi partiami wokalnymi. Ciężko rozpoznać w tym dawny, znanym nam wszystkim Iron Fire. Toporny i nieco hard rockowy „Hammer of The gods” to solidny kawałek, którzy rzeczywiście przypomina Rage czy Helloween z lat 90. Jednym z agresywniejszych kawałków na płycie jest „Tornado of Sickness”, który potrafi oczarować mocnym, thrash metalowym riffem. Ten utwór pokazuje, że nowa formuła nie jest taka zła i co ważne Iron Fire wypada w niej całkiem dobrze. „Iron Eagle” to stonowany i utwór przesiąknięty patentami wyjętymi z twórczości Accept. Jak ktoś lubi lżejsze i bardziej chwytliwe granie ten z pewnością po lubi niezwykle melodyjny „The last survivor”, czy energiczny „No sign of life”. Całość zamyka spokojny, rockowy kawałek w postaci „When the lights go out”. Album da się słuchać i ma kilka mocnych momentów. Na pewno zaskakuje formuła krążka i nowe rozwiązania. Szkoda tylko, że brakuje wyrazistych kawałków, które by na długo zostały w pamięci. Warto posłuchać to na pewno. Każdy sam oceni i zweryfikuje „Among The Dead”. Nie oczekujcie jednak cudów.

Ocena: 6.5/10

czwartek, 2 lutego 2017

IRON CURTAIN - Guilty as charged (2016)

Od 2007 roku hiszpański Iron Curtain już na dobre wpisał się do licznego grona młodych kapel, które starają się odtworzyć nam lata 80. Akurat z Iron Curtain jest tak, że grają heavy/speed z wyraźnymi wpływami Motorhead, Tank, Exciter, czy Riot, Accept. Odnajdują się w klasycznych patentach i rozwiązaniach. Dwa pierwsze albumy w postaci „Road to Hell” i „Jaguar Spirit” potwierdzają ten stan rzeczy. Iron Curtain nie kombinuje ze stylem i stawia na prosty, chwytliwy heavy, speed metal. Choć nie ma mowy tutaj o oryginalności, to jednak trzeba przyznać, że dzięki wokalowi Mike;a oraz jego popisom gitarowym kapela wypada naprawdę dobrze. Najnowsze dzieło w postaci „Guilty as charged” jest swoistą kontynuacją tego co mieliśmy na poprzednich albumach. Zespół dalej gra swoje, a słuchanie ich muzyki wciąż daje sporo radości. Sama okładka jest idealna i świetnie oddaje klimat lat 80. Podobnie wygląda kwestia brzmienia, które jest idealnie do pasowane. Płyta jest zwarta i dynamiczna. Sam otwieracz w postaci „Into the fire” to przyzwoity zwiastun tego co nas czeka w dalszej części płyty. „Lions Breath” to kawałek, który ma coś z czasów „Killers” Iron Maiden i czasów kiedy NWOBHM było modne. Energiczny „Take it back” pokazuje, że w kapeli drzemie potencjał. „Iron Price” czy rozpędzony „Outlaw” to mocne, heavy metalowe kawałki, które nawiązują do Judas Priest czy Accept. Końcówka płyty jest również ciekawa, bo pojawia się dynamiczny „Wild & Rebel”, bardziej przebojowy „Guilty as charged” czy niezwykle melodyjny „Turn the Hell On”, który oddaje to co najlepsze w heavy metalu z lat 80. Brak słabych punktów, brak widocznych wpadek i to przesądza o ostatecznym werdykcie płyty. Nowy Iron Curtain to kawał porządnego heavy metalu, które przenosi nas do lat 80 i najlepszych płyt wielkich kapel. Dobra zabawa gwarantowana.

Ocena: 7.5/10

poniedziałek, 30 stycznia 2017

VICIOUS RUMORS - Confussion Protocol (2016)

Na dwunasty album Vicious Rumors przyszło czekać fanom 3 lata i w sumie nie był to czas zmarnowany. Warto było czekać na „Concussion Protocol”, ponieważ jest to kawał solidnego heavy/power metalu w amerykańskim wydaniu. Vicious Rumors to jeden z tych zespołów, który gra swoje, trzyma się swojego stylu i nigdy nie rozczarowuje. Choć nowy krążek nie jest tak świeży i zaskakujący jak na przykład „Razorback Killers”. Zespół gra dalej swoje, tak więc mamy w dalszym ciągu heavy/power metal z domieszką thrash metalu. Wokalista Nick zalicza na „Concussion Protocol” wzrost formy i momentami przypominają się klasyczne albumy Attacker, czy Helstar. Thaen i Geoff potrafią się uzupełniać i dać niezły popis umiejętności. Riffy czy solówki są zagrane z pomysłem i z pazurem. Szkoda tylko, że momentami wdziera się monotonność czy granie na jedno kopyto. Zaczyna się od ostrego „Concussion Protocol”, które pokazuje, że Vicious Rumors jest w formie i że dalej gra swoje. Utwór kipi energią, a mocarny riff jest tutaj motorem napędowym. Bardziej złożony i power metalowy jest „Chemical Slave”, który jest przyozdobiony licznymi solówkami. Bardzo dobry początek nastawia pozytywnie jeśli chodzi o pozostają część płyty i faktycznie z każdym kęsem jest coraz lepiej. Mroczny, stonowany „Victims of Digital World” potrafi przytłoczyć swoim klimatem. Dalej mamy znany już „Chasing the Priest”, który promował nowy album i to z całkiem dobrym skutkiem. Nutka thrash metalu jest zawarta w rozpędzonym „1000 years” i jest to jednocześnie jeden z najmocniejszych punktów płyty. „Take it or leave it” to pozycja również udana, zwłaszcza jeśli lubicie stare płyty amerykanów. Jeszcze inny jest „Bastards”, który bardziej pasuje do niemieckiej toporności i takiego choćby Accept. Warto jeszcze wymienić świetny „Every Blessing a Curse”, który jest bardziej trash metalowy, bardziej złowieszczy, ale przez to jest to najlepszy kawałek na płycie. Całość jest w miarę równa i utrzymany w stylu do jakiego nas Vicious Rumors przyzwyczaił na przestrzeni lat. Solidna porcja heavy/speed/power/thrash metalu.

Ocena:7.5/10

niedziela, 29 stycznia 2017

XANDRIA - theater of Dimensions (2017)

Wydany w 2014 r album „Sacrificium” okazał się punktem zwrotnym w karierze niemieckiej kapeli Xandria. Zespół pokazał, że może konkurować z takimi gwiazdami jak Epica czy Nightwish. Nowa wokalistka Dianne wniosła troszkę świeżości do muzyki Xandria i w dodatku wniosła zespół na wyższy poziom. Jest wszystko więcej, a muzyka zyskała na jakości. Xandria jest przebojowa, dynamiczna i podniosła, a „Sacrificium” był tego najlepszym dowodem. Wzrosły oczekiwania względem nowego albumu i „Theater of Dimensions” to kolejny udane wydawnictwo Xandria.

Zespół obrał bezpieczną drogę, czyli kontynuację stylu z poprzedniego krążka, choć nie brakuje pewnych kosmetycznych zmian. Wszystkiego jest jakby więcej. Przede wszystkim więcej orkiestry, podniosłości i podniosłych chórków. Najlepsze jest to, że muzyka nie straciła na ostrości i przebojów. Xandria dalej serwuje nam dużo wciągających melodii i motywów, ciężkie riffy, a także masę chwytliwych przebojów. Tak więc fani zespołu nie będą zawiedzeni. Minusem jest bez wątpienia długość albumu. Samo brzmienie i wykończenie albumu jest na wysokim poziomie. Na płycie jest 13 utworów i jest w czym wybierać. Na wstępie mamy rozbudowany i złożony z różnych elementów „Where the heart is Home”. Soczyste gitary i mocny riff sprawiają że utwór jest mocny. Co jednak najbardziej przykuwa uwagę to symfoniczne chórki i orkiestrowe elementy. Dalej mamy przebojowy „Death to the Holly”, który jest na miarę starych hitów Nightwish. Jest power metal i jest moc. Mamy na płycie też komercyjny i spokojniejszy „Forsaken Love”, który ma pobudzić nasze emocje. Sam utwór jest troszkę nijaki i bardziej przemawia do mnie ostrzejszy „Call of destiny” z pewnymi cechami Epica. Marszowy i epicki „When the walls came down” to kolejny mocny punkt płyty i pokazuje nieco inne oblicze zespołu. Gitarzysta Marco daje popis swoich umiejętności w melodyjnym „Celli”, który jest jednym z moich ulubionych kawałków na płycie. Power metal mamy też w dynamicznym „Song for Sorrow and Woe”. Całość zamyka kolos w postaci „a Theater of dimensions”, który powala aranżacjami i klimatem. Zaczyna się spokojnie, majestatycznie, potem nabiera mocy i ma w sobie więcej z metalu. Druga połowa jest bardziej progresywna i power metalowa. Tak więc dzieje się tutaj sporo i jest to świetnie zwieńczenie tego albumu.

Xandria jest w bardzo dobrej formie i znów udało im się wydać znakomity i urozmaicony krążek, który każdy fan symfonicznego metalu powinien mieć w swojej kolekcji. Płyta jest przemyślana i jeszcze bardziej dopieszczona od poprzedniczki.

Ocena: 8/10

DEATHLESS LEGACY - Dance with Devils (2017)

Eksperymenty w muzyce metalowej nie są złe, wszystko zależy od proporcji, od tego w jakim kierunku chce zespół pójść. Jeżeli nie brakuje w tym ciekawych pomysłów, intrygujących melodii i atrakcyjnych rozwiązań to taki eksperyment ma racji bytu. Nie ukrywam, że nazwa Deathless Legacy początkowo nie wiele mi mówiła. Jak się ukazuje jest to włoski band, który zaczął w 2006 roku jak cover band zespołu Death SS. W 2013 r zmienili nazwę na obecną i w sumie ich muzykę nie tak łatwo sklasyfikować.

Z jednej strony słychać heavy metal spod znaku Mercyful Fate, czy King Diamond. W sumie te podobieństwa można dostrzec pod względem lirycznym czy panującego klimatu. Jest mrok i okultyzm. Aranżacje momentami ocierają się o ostatnio popularny Ghost, choć nie brakuje też elementów wyjętych z twórczości Nightwish czy nawet Powerwolf. Mieszanka iście wybuchowa, do tego główną rolę odgrywa specyficzna wokalistka Steva La Cinghiala, która ma smykałkę do nadania utworom melodyjnego charakteru. Bardzo fajnie się jej słucha i dzięki temu muzyka jest bardzo chwytliwa. Mają na swoim koncie 3 albumy, a najnowszy „Dance with the Devils” jest zaskakująco dobry. Ta płyta wyróżnia się na tle innych wydawnictw. Jest trochę dziwna, a w dodatku łączy w sobie tyle sprawdzonych patentów i smaczków różnych gatunków. Dzięki temu Deathless Legacy uzyskał urozmaicenie i niezwykłą przebojowość.

Intryguje mroczna okładka rodem z płyt black metalowych, jednak zawartość jest zupełnie inna i na pewno zaskakuje od samego początku. Zaczyna się klimatycznie i tak dość tajemniczo i można odnieść wrażenie że słuchamy najnowszego dzieła Powerwolf. Orkiestra i taka chrześcijańska otoczka. „Join The Sabbath” też cechuje się niezwykłym klimatem, symfonicznymi smaczkami i taką motoryką spod znaku Powerwolf. Do tego do chodzi tematyka rodem z płyt Mercyful Fate. Zespół nie szczędzi pewnych folkowych zapędów co słychać po melodiach jakie tu słyszymy. Z czasem utwór nabiera też cech symfonicznych rodem z ostatnich płyt Nightwish. Ostatecznie wyszedł niezwykle chwytliwy i pomysłowy utwór, a sam album zaczyna jeszcze bardziej intrygować i ciekawić słuchacza. Po takim wejściu zespół stara się utrzymać dobre tempo i dlatego „Heresy” to bardziej komercyjny, troszkę bardziej progresywny utwór, który również łatwo zapada w pamięci. Nie brakuje też szybkich, wręcz power metalowych kompozycji i właśnie taki jest „Witches Brew”. Wokalistka Steva jest bardzo specyficzna, ale to właśnie ona jest główną atrakcją zespołu. Na pewno też wyróżnić należy mocniejszy, agresywniejszy „The Black oak”, który wciąga w ten swój posępny klimat. Do tych szybkich i przebojowych utworów na pewno warto zaliczyć „Voivode”. Znów skojarzenia z Nightwish są i to nie jest takie złe zjawisko. W podobnym klimacie jest utrzymany rozpędzony „Devilborn”. Całość zamyka nieco teatralny „Creatures of the night”.

„Dance with devils” to płyta inna niż wszystkie jakie można spotkać obecnie na rynku. Spontaniczna, nie przewidywalna, pełna różnych smaczków i elementów kilku gatunków. Zespół ma ciekawy image sceniczny, który ma budzić grozę. Wzorują się gdzieś na twórczości Kinga Diamonda i to widać, jak i słychać. Płyta może i jest komercyjna, ale podoba mi się i na pewno często będę do niej wracał. Polecam dla tych co są otwarci na muzykę.

Ocena: 9/10

sobota, 28 stycznia 2017

PRIDE OF LIONS - Fearless (2017)




Brakuje Wam starego Survivor, Queen, czy może Foreigner i całej tej otoczki lat 80? Chcielibyście jeszcze raz przeżyć tamte czasy, tą przebojowość i lekkość, które cechowały tamte zespoły? Pride of Lions to projekt muzyczny, który szybko stał się zespołem i choć działają od 2003 roku, to jednak szybko zyskali uznanie. Kolejne albumy tylko nas utwierdzały, że nowy projekt gitarzysty Survivor – Jima Peterika to prawdziwa gratka dla fanów Aor i Hard Rocka. Ich najnowsze dzieło w postaci „Fearless” to już 5 album i idealnie podsumowanie tego co do tej pory mieliśmy.

Kolorystyczna i taka nieco bajkowa okładka z pewnością oddaje klimat tej płyty. Jest tak właśnie nieco baśniowo, jest tak nieco romantycznie i delikatnie. Ta płyta to kwintesencja gatunku i idealna mieszanka starych kapel z lat 80. Słychać echa Foreigner czy Survivor i to mi się bardzo podoba. Jim Peterik jest świetnym pisarzem i potrafi tworzyć prawdziwe hity, które na długo zapadają w pamięci. Nowy album również zaskakuje świetną formą Tobiego, który jest człowiekiem stworzonym do śpiewania utworów hard rockowych. Z jego głosu boją emocje i ciepło. „Fearless” ma wszystko to co powinna mieć płyta rockowa. Hity, lekkość, urozmaicenie i sporą dawkę ciekawych melodii. Płytę promował „
All i see is You” i tutaj można doszukać się wiele wielkich kapel z lat 80 i choć jest to wtórne, to jednak miło usłyszeć taką muzykę w roku 2017. Można stworzyć coś klasycznego, klimatycznego i chwytliwego i to z nowoczesnym brzmieniem. Stonowany i nieco w klimatach Electric Light Orchestra „The Tell” wciąga mnie i już wiem że słucham wyjątkowej płyty. Pomysłowe i finezyjne partie gitarowe to atuty romantycznego „Silent Music”. Na pewno na plus zaskakuje nieco ostrzejszy i bardziej rozpędzony „Fearless”. Gitary rodem z płyt Rainbow czy Deep Purple i to jest imponujące. Zespół w zasadzie porusza kwestie takie jak miłość i choć jest to oklepane to dzięki temu rodzą się takie perełki jak „Everlasting Love” i to jest jeden z piękniejszych utworów jakie słyszałem ostatnim czasy. Serce zaczyna szybciej bić i pojawia się łezka w oku. Bardzo romantyczny i klimatyczny kawałek. Dalej mamy równie emocjonalny i wciągający „freedom of the night” i przebojowy „A light in your Eyes”, który ma coś z Queen. Do tych mocniejszych kawałków na pewno warto zaliczyć dynamiczny „Rising Up”. Końcówka płyty to przede wszystkim klimatyczny „Faster than prayer” i balladowy „Unamsking the mystery”.

Fearless” jest pełen magii, ciepła i wciągających melodii, które od razu przenoszą nas do lat 80. Choć jest ona łagodna i emocjonalna to jednak potrafi oczarować i przekonać do siebie. Każdy utwór jest na wagę złota i ma w sobie ogromny potencjał. Dobrze, że są jeszcze takie zespoły jak Pride of Lions, które dbają o to by rock nigdy nie umarł. Warto odpalić ten album i dać upust swoim emocjom.



Ocena: 9/10

piątek, 27 stycznia 2017

KREATOR - Gods of Violence(2017)

W jakim kierunku zmierza thrash metal? Jaki ma status dzisiaj? Czy jest tym co kiedyś? Dawniej ten rodzaj muzyki był usposobieniem agresji, brutalności i potrafił wzbudzić nasze zwierzęce instynkty. Thrash metal bywał złożony i nie raz mroczny, a krwiste okładki czy przybrudzone brzmienie były nieodzownym elementem płyt z tego gatunku. Tak w latach 80 czy 90 ten rodzaj muzyki miał w sobie pazur i ciężko było sobie wyobrazić jakby thrash metal miał być bardziej komercyjny to znaczy bardziej melodyjny,nie kryjąc przy tym nawiązań do heavy/power metalu. To było nie do pomyślenia, jednak thrash metal naszych czasów jest nieco inny. Slayer jest bardziej melodyjny, Metallica nagrała album w którym jest pełno elementów Black Sabbath, Anthrax stawia na przebojowość, a Sodom do swojego agresywnego stylu dodał ostatnio więcej chwytliwych melodii. W 2001r Kreator wydał album „Violent Revolution”, który rozpoczął nową erę tej niemieckiej potęgi, stał się wzorem dla zespołów młodego pokolenia i dla kolegów po fachu, że thrash metal może być przebojowy i bardziej melodyjny, a przy tym nie zdradzać swoich korzeni i charakteru. Od tamtego czasu Kreator znów wrócił na dobre do thrash metalu, ale ich styl różni się od tego znanego z starszych płyt. Niby jest agresja, niby jest thrash metal, brutalność i szybkość, ale zespół postanowił nadać swojej muzyce więcej luzu, więcej przebojowości i elementów heavy/power metalowych. Kolejne albumy w postaci „Enemy of God” czy „Hordes of Chaos” było tylko potwierdzeniem tego nowego stylu. Jednak prawdziwą perełką okazał się „Phanthom Antichrist”, który z miejsca stał się jednym z ich najlepszych albumów. Tak więc oczekiwania na nowe dzieło były ogromne. 5 lat czekania i mamy „Gods of Violence”

Kreator długo kazał czekać swoim fanom na nowe dzieło. Przez ten czas były komplikacje, czy albumy koncertowe, a sam zespół wolał poczekać na wydanie nowego materiału. Chcieli troszkę odsapnąć i stworzyć album godny „Phanthom Antichrist” i tak też jest. W sumie „Gods of Violence” to krążek który jest swoistą kontynuacją poprzednika. Kreator nie zaskakuje nas w żaden sposób i nagrywa kolejny album oparty na tych samych patentach. Dla jednych będzie to minus i skok na kasę, a dla drugich kolejna świetna porcja melodyjnego thrash metalu. Kreator opanował tą sztukę już do perfekcji. „Gods of violence” to album, który łączy wszystko to co najlepsze w Kreator. Jest agresja i brutalność z dawnych płyt, jest też przebojowość i melodyjność z ostatnich dzieł. Mroczny klimat i specyficzna tematyka o szatanie i agresji też oczywiście są. Okładka jest krwista i taka w stylu Kreator, jednak można odnieść wrażenie że jest bardziej brutalna niż sama muzyka. Ta jest bardziej przystępna i bardziej przebojowa, tak żeby trafić do szerszego grona fanów, zwłaszcza tych którzy jakoś nie pałali miłością do starych wydawnictw, które były toporne i brutalne. Fani starego brzmienia i starego stylu mogą mieć problem się odnaleźć na „gods of Violence”, ale w sumie można było przypuszczać, że tamte czasy nie wrócą. Zespół nie raz urozmaicał swój styl, tak więc naturalne jest rozwój i obecny stan rzeczy. Nowy album spodoba się fanom ostatnich płyt, ale też również fanom heavy/power metalu. Jest gdzieś świeżość i dbałość o detale. Kreator jest w bardzo dobrej formie od kilku lat i nie nagrywa słabych albumów, a „Gods of Violence” zawiera same petardy i kilka naprawdę zaskakujących perełek.

Zespół wybrał bardzo dobre utwory do promocji albumu. Tytułowy Gods of Violence” porwała złożoną formułą, a także ciekawymi partiami gitarowymi. Zaczyna się spokojnie, klimatycznie i gitara akustyczna tylko to podkreśla. Utwór szybko nabiera dynamiki i przebojowości. Mille wykrzykuje chwytliwy refren i przywołuje to na myśl „Hordes of Chaos” czy utwory z ostatniego albumu. Szybki riff i duża dawka melodyjności, a do tego soczyste brzmienie i agresja. Taki Kreator pasuje mi jak najbardziej. Drugi utwór, który zrobił jeszcze większe wrażenie przed samą premierą to mroczny i posępny Satan is real. Świetny klip, który nawiązuje do ostatniego rozchwytywanego horroru „The Witch”. Sam kawałek wciągnął mnie swoim marszowym tempem, nieco heavy metalowym stylem i prostym, ale przeszywającym refrenem. Jeden z największych przebojów Kreator ostatnich lat, a nawet w przeciągu całej działalności. Mille i jego wokal na tym albumie też jest bardzo zadziorny i potrafi porwać słuchacza. W dodatku jego współpraca z Samim też jest coraz bardziej przejrzysta i imponująca. Płyta jest pełna ciekawych motywów, złożonych i atrakcyjnych solówek. Ktoś wspomniał, że wszystko jest gładkie i takie ładne. Może i tak, bo nie ma takiego barbarzyńskiego chaosu, nie ma tej brutalności, a melodie przejęły kontrolę, ale czy płyta aż tak na tym traci? Coś zanikło, ale zyskali za to inne atuty. Już same intro w postaci „Apocalypticon” zwiastuje coś wielkiego i coś bardzo dojrzałego. Chwytliwa melodia i marszowe tempo, nasuwa intro rodem z płyty Running Wild zatytułowanej „The Rivarly”. Drugi utwór na płycie musiał być ostry i bez kompromisowy. Taki właśnie jest „World War Now”, który nastawiony jest na szybkie, agresywne łojenie. Znalazło się tutaj miejsce na ciekawe melodie i chwytliwy refren, który jest jednym z najlepszych na płycie. Sam utwór pokazuje, że zespół kontynuuje to co było na „Phantom Antichrist”. Mille bardzo ciekawe urozmaicił kawałek w środkowej części, gdzie jest zwolnienie i miejsce na heavy metalowe zacięcie. W podobnej konwencji utrzymany jest rozpędzony i energiczny „Totalitarian Terror” i jest to kawałek, który ma coś więcej z starych płyt, choć i tutaj zespół nie zapomina o melodyjnym refrenie i licznych przejściach. Taki zabieg sprawia, że hit goni hit na płycie. „Army of storms to przede wszystkim mocny i zadziorny riff, a także więcej techniki. Sama motoryka tego kawałka i główny motyw przypomina mi pierwsze płyty Kreator. Kolejnym wielkim hitem na płycie jest Hail to The Hordes i to melodie odgrywają tutaj kluczową rolę. Znów marszowe tempo i zadziorny wokal Mille napędzają całość. Atrakcyjne i heavy/power metalowe melodie dodają smaczku. Jest to jeden z tych utworów, które na pewno zagrają na koncertach. Na pewno zaskakuje „Lion with Eagle wings”. Już sam początek sprawia, że zastanawiam się czy to Kreator. Wciągająca melodia i atmosfera z filmów grozy, a to dopiero początek. Utwór szybko nabiera mocy i zespół nie szczędzi tutaj licznych ciekawych popisów gitarowych. Jeden z najbardziej chwytliwych kawałków na płycie. Nutka toporności i posmak niemieckiej sceny metalowej mamy w złowieszczym „Fallen Brother”. Kompozycja ma w sobie więcej heavy metalowej natury niż thrash metalowej. Koniec płyty jest równie emocjonujący co początek. Pojawia się przebojowy i również nieco marszowy Side by Side”.Całość zamyka nieco bardziej rozbudowany „Death becomes my light”, który jest idealnym podsumowaniem płyty. Zaczyna się spokojnie, jednak szybko przyspiesza i galopady jakie tutaj się pojawiają nasuwają czasami twórczość Iron Maiden. Sam kawałek bardzo melodyjny i przebojowy, a thrash metal odgrywa tutaj właściwie znikomą rolę.

Kreator na początku kariery imponował mi swoją brutalnością, brakiem komercji i barbarzyńskim chaosem. Potem zakochałem się w ich technicznym thrash metalu. Nawet eksperymenty pokazały, że zespół potrafi się rozwijać i szukać wyzwań. Teraz mamy Kreator, który imponuje przebojowością i naprawdę ciekawymi motywami, które na długo zapadają w pamięci. W sumie ciężko przytoczyć inny zespół, który gra tak agresywnie, tak dynamicznie, a przy tym uzyskuje taki poziom, taką przebojowość. Ostatnie płyty Kreator nie są słabe, nie są bez charakteru i choć nie są tym co kiedyś zespół nagrywał, to jednak Kreator nagrywa albumy na wysokim poziomie. Mamy nieco inne czasy i Kreator się w nich odnalazł dając swoim fanom kolejne świetne albumy, które można zaliczyć do tych najlepszych. „Gods of Violence” to kandydat do płyty roku 2017.




Ocena: 10/10

WINTERSTORM - Cube of Infinity (2016)

W roku 2014 niemiecki band o nazwie Witnerstorm przeszedł sam siebie wydając „Cathyron”. Pozycja skierowana do fanów Falconer, Running Wild czy Orden Ogan, którzy cenią sobie folkowy klimat i pomysłowe melodie. Tamten album pokazał klasę zespołu i ich ogromny potencjał. Płyta zdobyła pochlebne recenzje i szybko stała się jednym z największych osiągnięć niemieckiej formacji. Tym bardziej czekałem na kolejne dzieło tego zespołu i liczyłem, że uda się zespołowi podtrzymać wysoką formę. Niestety „Cube of Infinity” nie jest tak energiczny i tak przebojowy jak poprzednik. Niby ten sam styl i podobne rozwiązania, ale nie jest tak pomysłowy i tak dopracowany w porównaniu do „Cathyron”. Winterstorm mimo niezbyt udanego materiału potrafi zaciekawić słuchacza i w sumie pomaga w tym utalentowany wokalista Alexander, który potrafi stworzyć bardzo wciągający folkowy klimat. Michi i Armin to z kolei bardzo zgrany duet gitarowy i panowie naprawdę się dogadują. Słychać to po nowych kompozycjach, które są naprawdę solidne i nie brakuje im pazura. Pierwszym dobrym dowodem na to jest chwytliwy „Pacts of blood and Might”, który jest kontynuacją tego co mieliśmy na „Cathyron”. Jest folkowy klimat, lekkość, przebojowość i takie urozmaicenie w obrębie jednego kawałka. Sporym plusem tego kawałka jest bez wątpienia główny riff i echa Running Wild. Dalej mamy nieco toporniejszy „In clarity” , melodyjny „Secrets and lies”, które tylko potwierdzają, że Winterstorm zna się na rzeczy. Klimat folkowy jest sporym atutem płyty i to dzięki nim płyta jako tako się broni. To właśnie takie kawałki jak „Effects of Being” czy „Frozen Aweking” oddają najlepsze właśnie tą atmosferę. Szkoda tylko, że płyta nie jest równa ani taka energiczna jak poprzednia, bo wtedy efekt byłby zupełnie inny. Pozytywnie zaskoczył mnie też lekki i nieco komercyjny „Timeshift”, który urzekł mnie przebojowym refrenem i prostą formą. Na sam koniec mamy kolejny hicior z wpływami Running Wild czyli „Hymn of Solitude”. Miła dla oka szata graficzna, dopieszczone, soczyste brzmienie sprawiają, że płyta robi wrażenie. Kompozycje są solidne, choć brakuje im elementu zaskoczenia i finezji. Nie jest to drugi „Cathyron”, ale na pewno warto zapoznać sięz najnowszym dziełem Niemców, zwłaszcza jeśli lubicie klimaty Running Wild i Orden Ogan.

Ocena: 7.5/10

wtorek, 24 stycznia 2017

BLOODBOUND - War of Dragons (2017)

Premiera najnowszego albumu Bloodbound to zawsze wielkie wydarzenie, bo uwielbiam ten zespół. Kiedy pojawił się debiutancki „Nosferatu” to od razu można było dostrzec potencjał tej formacji. Mimo wielu kapel grających heavy/power metal Bloodbound potrafił stworzyć własny styl i obrać charakterystyczną dla nich tematykę związaną z diabłem, śmiercią i piekłem. Urban Breed czy Bormann byli wyjątkowymi wokalistami i nadali charakter muzyce Bloodbound, ale „Tabula Rasa” to album, który należy uznać za najsłabszy. Tak więc potrzebne były zmiany i szukanie nowego frontmana. Z Patrikiem Johanssonem z Dawn of Silence udało się ożywić ten zespół i wnieść troszkę powiewu świeżości. Niby wszystko pięknie, bo Bloodound jest silniejszy niż kiedykolwiek, ma odpowiedniego frontmana i wydaje znakomite albumy, ale gdzieś jednak zatracili swój charakter. Ostatnio słychać więcej słodkich melodii, więcej wpływów Sabaton, Nightwish, czy Rhapsody. Nie są to złe decyzje, ale przecież taki nie jest Bloodbound. Jak można było przejrzeć „War of Dragons” będzie bliższy właśnie tym kapelom, które wymieniłem aniżeli staremu Bloodbound. Jeśli podobał się Wam „Stormborn” to odnajdziecie się na „War of Dragons”.

Soczyste brzmienie, ciekawa okładka to są atuty, które zawsze były dopracowane jeśli chodzi o Bloodbound. Nowy album pod względem brzmieniem przypomina właśnie „Stormborn”. Brakuje nieco pazura i tego mroku z „Unholy Cross”. Ten szwedzki band przyzwyczaił nas do wysokiej formy i to też jakoś nie powinno nas zaskoczyć, że Patrik wciąż śpiewa z werwą i ikrą, a bracia Olson wygrywają atrakcyjne motywy gitarowe. Bloodbound to dobrze nasmarowana machina, która pracuje bez błędnie. „War of Dragons” to na pewno udany album jeśli chodzi o wokal Patrika, gdyż często śpiewa w wysokich rejestrach, a przy tym dba o czystość i technikę. Z kolei gitarzyści nie szczędzą szybkich riffów, ciekawych przejść. Na tym albumie sporą rolę odgrywają klawisze, co nieco zmienia styl grupy. Dużo słodkości, dużo lekkości i takiej symfonicznej podniosłości uświadczymy. Czy jest to dobre czy złe zależy od słuchacza. Na pewno nie umniejsza to materiałowi, bo ten sam w sobie jest naprawdę z górnej półki. Wystarczy, że przypomnimy sobie dokonania Gamma Ray, Sabaton, Rhapsody czy Nightwish i już można zachwycać się nowym Bloodbound.

Na płycie znajdziemy 12 kompozycji i w sumie całość jest utrzymana w podobnej tonacji. „New Era Begins” to krótkie intro, które nie wiele wnosi. Z kolei „Battle in The Sky” już od razu zdradza nam fakt, że zespół kontynuuje to co grał na „Stormborn”. Szybkie riffy, power metalowa konwencja, chwytliwe refreny i duży nacisk klawiszy. Echa Sabaton są tutaj jak najbardziej słyszalne. Z drugiej strony kompozycja ma kopa i zachwyci fanów gatunku. Słodki „Tears of Dragonheart” ma coś z dokonań Dreamtale czy Axxis. Jest energia, prosty motyw i kolejny hit na płycie gotowy. Przy podniosłym „War of Dragons” można odnieść wrażenie, że słuchamy trzeci utwór, który brzmi tak samo. Tytułowy utwór to nieco mocniejszy riff, nieco więcej zadziorności, choć symfoniczne elementy przypominają ostatnie płyty Nightwish. W tej słodkości i podniosłości na pewno wyróżnię rozpędzony „Silver wings”, który rzuca na kolana bardzo chwytliwym motywem i pozytywną energią. Kawałek zagrany z polotem i pomysłem, a przy tym przyciągnie fanów Dreamtale. Nie ma tez starego Bloodbound w przebojowych „Stand and fight” czy „King of swords”, które brzmią jak kalki Sabaton. „Guardians at heavens Gate” to przede wszystkim ciekawe i intrygujące solo na samym wstępie i tutaj zespół bardziej skupił się na dynamice i agresji. Jest to jeden z mocniejszych kawałków na płycie. Echa starego Bloodbound słychać w mniej słodkim i podniosłym „Starfall”. Na koniec mamy perełkę „Dragons are Forever” i to jest popis wokalny Patrika. Sam utwór to coś dla fanów Gamma Ray czy Helloween. To też utwór, który bardziej pasuje do Bloodbound. Szkoda, że zespół nie postawił na takie granie. Można było nieco ograniczyć te słodkie melodie i styl Sabaton.

Serce jest rozdarte, bowiem sam album nie jest zły, ale jakoś mało Bloodound w tym wszystkim, a za dużo Sabaton i innych kapel w tle. Jest przebojowość, jest power metal, jest energia i duża przebojowość. Jednak ten album przejdzie bez większego echa i nie zrobi furory, choć nie jest to zły album, ba nawet można zaliczyć do bardzo przyjemnych w odsłuchu. Wszystko zależy od wymagań słuchacza.


Ocena: 7.5/10

ANCILLOTTI - Strike Back (2016)

Było tylko kwestią czasu kiedy włoski band Ancillotti powróci z nowym materiałem. W końcu debiutancki „The Chain Goes on” był bardzo udanym wydawnictwem. Przede wszystkim był to szczery, agresywny i pełen dynamiki heavy metal mocno osadzony w latach 80. W ich muzyce nie brakuje nawiązań do twórczości Judas Priest, Motorhead, Saxon czy Iron Maiden. Stawiają na przybrudzone brzmienie, na charyzmę, na przebojowość i to przyniosło im sukces. Skoro wypaliło to na pierwszym krążku, to nic dziwnego że zespół podążył tą samą ścieżką. Tylko tym razem zespół nieco poszerzył horyzonty i jeszcze bardziej dopieścił swój styl. Jest chemia między muzykami, w końcu Bud i Bid są braćmi, a Brian to syn Bida. Taka machina nie ma prawa działać wadliwie. Charyzmatyczny i nieco chropowaty wokal Buda odgrywa kluczową rolę. Dwa lata przyszło czekać na „strike Back”, ale warto było. Jest to przemyślany i zwarty materiał, który potrafi porwać. To hell with You” to energiczny otwieracz, który pokazuje formę zespołu. Jest szybko, agresywnie i z duchem lat 80. Najwięcej tutaj mamy z NWOBHM. Dobrze wypada też bardziej hard rockowy „Immortal Idol”, który pokazuje jak zespół dobrze radzi sobie z tworzeniem hitów. Dalej mamy jeszcze bardziej żywiołowy „Fight”, który ma coś z Judas Priest. Nieco blado wypada rockowy „Firestarter”, który jak dla mnie jest zbyt komercyjny. Plusem tutaj jest wykorzystanie klawiszy. Tempo troszkę potem nieco opada i dopiero przy „Burn Witch Burn”. Ostry riff, dynamiczna sekcja rytmiczna, ciekawe przejścia jak i sam główny motyw. Przydałoby się więcej takich killerów. Całkiem dobry jest też hard rockowy „Live is for livin” o bardzo prostej strukturze. Na sam koniec mamy jeszcze ciekawszy i zadziorny „The Hunter”, który w pełni okazuje potencjał grupy. Szkoda, że cały album nie jest właśnie taki jak ten kawałek. Mimo pewnych wad album jest miły w odsłuchu i pozostawia naprawdę dobre wrażenie. Jeśli cenicie sobie proste granie, przesiąknięte klimatem lat 80 to nowy album włoskiej formacji będzie idealny dla Was.

Ocena: 7/10

poniedziałek, 23 stycznia 2017

FIREWIND - Immortals (2017)

Ostatnie lata działalności Firewind najlepiej przemilczeć. Po wydaniu świetnego, energicznego i przebojowego „The premonition” zespół znacznie obniżył poziom swojej muzyki. Nie pomagała obecność świetnego Gus G, ani wokalisty Apollo, który nadał zespołowi nowej świeżości i jakości. Kiedy Firewind wydał z nim „Allegiance” to można było poczuć pewne zmiany i lekkość. Zespół nabrał mocy i pokazał, że jest elastyczny. Tak era Apollo była wielka i znacząca, jednak trzeba było dokonać zmian, by Firewind nie popadł w stagnację. „Few Againts many” był słaby i nijaki, dlatego nie dziwi mnie to że Firewind opuścił Apollo Papathanasio. Każdy z muzyków zajął się karierą solową, w dodatku Apollo realizuje się w hard rockowym Spiritual Beggers. Koniec końców Gus G zaliczał kolejne spadki formy, a jego solowe albumy które się ukazały w ostatnim czasie to nic innego jak wielkie rozczarowanie. Gdzieś się pogubił i zatracił swoją tożsamość. Wskrzeszono Firewind, zatrudniono Henninga Basse'a, który zasłynął dzięki Metallium, Brainstorm, czy występom podczas koncertów Gamma Ray. Pojawiła się nadzieja, że najnowsze dzieło „Immortals” będzie powrotem do korzeni Firewind.

Rzeczywiście tak jest. Od strony stylistycznej słychać nawiązania do starych płyt. Gus G przypomniał sobie jak grać melodyjny, energiczny i przebojowy power metal. Nie brakuje mocnych riffów, ciekawych przejść czy złożonych solówek, które kryją wiele chwytliwych melodii. Muzyka Firewind znów dostarcza sporo frajdy i jest bardziej przystępna. Nie ma grania na siłę, jest fantazja, jest pomysłowość, a to czyni album wyjątkowo mocnym. Okładka bardziej klasyczna, ale idealnie oddaje to czym jest „Immortals”. To koncepcyjny album, który zabiera nas do Grecji z czasów starożytnych, do wojen pod Termopilami i Leonidasa. Bogata kultura tamtego kraju w końcu została wykorzystana przez grecki Firewind. To nie jedyna cecha, która wyróżnia nowy krążek Firewind na tle innych. Krążek jest bardzo spójny, ale jego wyjątkowość wynika również z partii wokalnych Henninga. Jest on świetnym wokalistą, który potrafi nadać kompozycjom ostrego charakteru. Idealnie wpasował się do muzyki Firewind, choć nie od dziś się obraca w takich rejonach muzycznych. Nie ukrywam, że bardziej widziałbym go w Gamma Ray, ale co zrobić. Na płycie mamy 10 utworów i w zasadzie nie ma słabych punktów.

Na sam start mamy energiczny, rozpędzony „Hands of Time”, który napędza ciekawy główny motyw, a także duża dawka przebojowości. Przypominają się od razu najlepsza dzieła Firewind. Henning od razu daje czadu i pokazuje, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Gus G też bardziej ożył i daje niezły popis w solówkach. Kolejną petardą jest ostrzejszy „We defy”, który ma coś z „The prominition” i mam tutaj na myśli „Into the Fire”. Te kompozycje charakteryzuje podobny mocny i zadziorny riff. Płytę promował „Ode to Leonidas” i tutaj zespół trafił w dziesiątkę. Kawałek jest energiczny, prosty i przebojowy. Co z tego, że słychać tutaj motyw z „Eletric Eye” Judas Priest. Linie wokalne Henninga są tutaj imponujące. Potrafi budować nastrój i przenieść słuchacza do innego wymiaru. To jest Firewind taki jaki kocham i dobrze że chłopaki wrócili do korzeni, do tego co robią najlepiej. Zapędy Judas Priest można też usłyszeć w bardziej heavy metalowym „Back on the Throne”. Bob Katsionis zrobił tutaj klimatyczny wstęp i nadał kawałkowi przestrzeni i lekkości. Bardziej złożony jest bez wątpienia 6 minutowy „Live and die by the sword”, w którym zespół pokazuje epicki charakter. Początek jest bardziej spokojny i klimatyczny, z kolei dalsza część jest bardziej zadziorna i power metalowa. „Wars of Ages” to też taki typowy utwór w stylu Firewind. Jest nutka progresywności, jest mocny i chwytliwy riff i przebojowy refren. Znów kłania się okres z „The prominition”. Z kolei „Lady of 1000 Sorrows” pełni rolę utworu bardziej rockowego i balladowego. Chwila od początku przy dojrzałych melodiach i rockowym feelingu. Na płytach „Firewind” często pojawiały się instrumentalne kawałki, które były popisami Gus G. „Immortals” to właśnie tego typu kawałek, z tym że poziom i styl przypomina te instrumentalne z pierwszych płyt, co jest bez wątpienia atrakcją płyty. „Warriors and saints” to kolejny szybki, melodyjny i energiczny utwór, który ukazuje w jak dobrej formie jest obecnie Firewind. W podobnej konwencji utrzymany jest zadziorny „rise from the ashes”. Znajomo brzmi też bonusowy „Vision of tommorow”, ale taka jest właśnie ta płyta.

Pełna znanych chwytów, riffów czy melodii, bo przecież takie zagrywki Firewind nie raz stosował. Właśnie o to chodziło, by grać tak jak za dawnych lat, bez względu na sposób. „Immortals” jest równy, energiczny i równie przebojowy co pierwsze wydawnictwa, tak więc udało się osiągnąć niemożliwe. Nie wiem czy jest to ich najlepszy album, ale z pewnością najlepszy w ich katalogu. 9 lat czekania na dobry album Firewind to kawał czasu, ale warto było. Oby era Henninga Basse'a trwała długo, bo jest świetny w Firewind.

Ocena: 8.5/10

sobota, 21 stycznia 2017

GUNS OF GLORY - Strafing Run (2016)

Fani mocnego hard rocka spod znaku Ac/Dc czy Krokus znów mogą zacierać ręce, w końcu po 3 latach fiński band o nazwie Guns of Glory postanowił wydać swój drugi album. Zespół jest młody i głodny sukcesu i to z pewnością słychać. Mają pomysł na siebie i wiedzą jak tworzyć przyjazną dla ucha muzykę. Potrafią w swojej muzyce wnieść sporo luzu, bluesu, a przy tym dobrze się bawić. Ich atutem bez wątpienia jest wokalista w postaci Petriego. Jego śpiewa podkreśla nieco imprezowy charakter kompozycji. Dobrze spisuje się też duet gitarowy tworzony przez Riku i Oskariego. Grają technicznie, ale ich celem jest kupieniem słuchacza przez lekkie i przyjazne melodie. Ma być przyjemnie, przebojowo i prosto. Słuchacz ma się dobrze bawić przy ich muzyce i tak też jest. Otwierający „Running from You” od razu zdradza nam z czym mamy do czynienia. Mocny rock;n roll w stylu Ac/Dc i taka forma kompozycji najbardziej mi odpowiada. Nieco komercyjny „One You Need” pokazuje elastyczność i talent do tworzenia hitów z prawdziwego zdarzenia. Kawałek napędzany jest naprawdę pomysłowym riffem. To dopiero początek zabawy i im dalej tym ciekawiej. Energiczny „Till we die” to speed metalowa petarda wzorowana na twórczości Motorhead. Bardzo udany zabieg i nawet wokalnie Petri starał się imitować Lemmiego. Zespół dobrze się bawi i stara się zarazić nas atmosferą imprezową i to pokazuje „Move aside”. Dalej mamy kolejny ukłon w stronę Ac/Dc czyli „Keep Your Jack”. Choć mi bardziej przypasował energiczny i niezwykle melodyjny „I dont get it” z wyraźnymi wpływami WASP. Całość zamyka bardziej rozbudowany „Lay down”. Guns of glory daje czadu i pokazuje, że można brać garściami z twórczości Ac/Dc, a przy tym grać swoje. Kawał porządnego hard rocka.

Ocena: 7.5/10

środa, 18 stycznia 2017

TYGERS OF PAN TANG - Tygers of pan Tang (2016)

Z klasycznego składu tygers of pan Tang został właściwie gitarzysta Robb Weirr, który odpowiada za brzmienie i jakość utworów. Wiele się zmieniło, heavy metal nabrał nieco innego znaczenia, a przez ten czas ta brytyjska formacja pozostała sobą i wciąż stara się grać NWOBHM z elementami klasycznego heavy metalu z lat 80 i hard rocka. Na 11 album zatytułowany po prostu „Tygers of pan tang” przyszło czekać fanom 4 lata. Nowy album z jednej strony podsumowuje karierę, a z drugiej pokazuje że zespół stara się rozwijać, zwłaszcza na płaszczyźnie hard rockowej. Wokalista Jacopo daje zespołowi swobodę i możliwość poszerzania horyzontów. Jego wokal sprawdza się w różnych rodzajach kompozycjach i to słychać na „Tygers of pan Tang”. Micky i Robb stawiają na łatwe melodie, chwytliwość i rockowe szaleństwo. Dzięki temu płyta jest łatwa w odbiorze i może trafić do tego grona słuchaczy, które nie do końca znają twórczość tej brytyjskiej formacji. Zespół potrafi nawiązać do swojej przeszłości co potwierdza singlowy „Only The Brave”. Na pewno zaskakują kompozycje rockowe jak „Glad Rags” który nasuwa namyśl twórczość Def Leppard czy Ac/Dc. Dalej na płycie mamy ciepłą i emocjonalną balladę w postaci „The Reason why”, który potrafi złapać za serce. Sama konstrukcja przypomina dokonania Foreigner. Fani na pewno pokochają rozpędzony „Never give in”, który ma coś z Saxon czy Judas Priest. Mocna kompozycja, z szybkim tempem i ostrymi partiami gitarowymi. Dobry dowód na to, że brytyjska formacja jest w formie. W podobnym klimacie utrzymany jest „Do it Again”, który oddaje to co najlepsze w NWOBHM. Nieco nowocześniejszy „Blood red sky” to kompozycja dynamiczna i niezwykle zadziorna. Całość zamyka bardzo udany przebój „The Devil You know”, który bardzo dobrze podsumowuje cały krążek. Tyger of pan tang żyje i ma się dobrze, w dodatku nagrywa naprawdę solidne krążki, co potwierdza ich nowy album. Jest moc, jest polot i dobra zabawa. Płyta jest zróżnicowana i ma kilka przebojów, co tylko jeszcze bardziej zachęca do zapoznania się z najnowszym dziełem Brytyjczyków. Solidna porcja hard rocka i klasycznego heavy metalu.

Ocena: 8/10