niedziela, 15 kwietnia 2018

KALMAH - Palo (2018)

To już 20 lat istnienia fińskiego Kalmah i z tej okazji band wydał swój 8 album zatytułowany "Palo". Okładka mroczna, wręcz black/death metalowa, przez co można być zmieszanym co do zawartości i tego w jakim kierunku podążył zespół. Jak się okazuje band nie zmienił swojego stylu, a wręcz go ulepszył, wprowadził więcej melodii, patentów charakterystycznych nie tylko dla melodyjnego death metalu, ale też dla heavy/power metalu. Na płycie jest pełno ciekawych, złożonych melodii, co przedkłada się na łatwy odbiór albumu, a także na jego przebojowość. 5 lat przerwy od wydania "seventh symphony" i można odnieść wrażenie, że Kalmah lepiej się przygotował do wydania nowego krążka. Brzmienie jest idealnie wyważone, instrumenty brzmią ostro, ale i klimatycznie. Mroczny klimat udziela się od początku płyty i jest jego atutem. Kalmah zresztą z tego słynie, tak więc nie ma jakiejś rewolucji. Sama zawartość mocno mi przypomina czasy "For the revolution", który jest dla mnie jednym z najlepszych krążków tej formacji. To sprawia, że "Palo" to kolejna perełka w ich dyskografii. Przede wszystkim na płycie jest pełno atrakcyjnych melodii, ostrych riffów i chwytliwych przebojów. Płytę promował "Blood Ren Cold", który imponuje energią i melodyjnością. Pekka i Antii Kokko dają czadu w kategorii gitarowej i ich partie są zgrane i pełne ciekawych motywów. Nie ma powodów do nudy. W "The evil kin" mamy bardziej marszowe tempo i nutkę power metalu, co przedkłada się melodyjność i przebojowość. Zespół wykorzystuje klawisze i potęgują one klimat świetnego  "The world of rage", który zaskakuje dynamiką i agresją. Bez wątpienia jeden z najlepszych kawałków na płycie. "Palo" jest przepełniony petardami i jedną z nich jest "Into the black marsh" ,  w których są patenty death/black metalowe. Bardziej komercyjny jest "Take me away" w którym nie brakuje elementów rocka. Nie oznacza to, że kawałek jest słaby, a wręcz przeciwnie. Energiczny "Paystreek" brzmi jak zaginiony utwór z "For the revolution". Na każdym kroku trafiamy na proste, chwytliwe melodie, przez co album jest niezwykle przebojowy. "Waiting in the wings" czy pomysłowy "through the shallow tears".  Całość zamyka stonowany i mroczny "The stalker", który idealnie podsumowuje ten album. Płyta perfekcyjna i wypełniona hitami, co czyni ją jedną z najlepszych w tym roku. Obok "For the revolution" to najlepsze dzieło Kalmah. Panowie są w znakomitej formie, oby tylko następny album ukazał się wcześniej.

Ocena:10/10

sobota, 7 kwietnia 2018

EDGEFLAME - Beyond the pale carcass (2018)

"Beyond the pale carcass" to trzecie dzieło Edgeflame. 2 lata przyszło czekać fanom tej kapeli na nowy krążek, ale w sumie warto było. Jest to solidne wydawnictwo, które fan thrash metalu czy mocniejszego heavy metalu powinien posłuchać. Turecki band, który działa od 2010r nie tworzy niczego nowego, ani też niczym nie zaskakuje, chyba że szczerością i zgraniem. Nowy album to potwierdzenie tego co wcześniej band grał. Motorem napędowym zespołu jest bez wątpienia Tolga sert z inicjatywy, którego powstał zespół.  Pełni on rolę wokalisty jak i gitarzysty. Z obu obowiązków wywołuje się naprawdę dobrze. Wokal ma zadziorny, może nieco nie okiełznany, a jeśli chodzi o partie gitarowe to są mocne, ostre, ale jakieś takie nieco bez elementu zaskoczenia. Album w sumie też można zaliczyć do solidnych, nieco rzemieślniczych, no i na pewno bez większego polotu. Znajdziemy dobre kompozycje, chwytliwe melodie, ale wszystko nieco się rozmywa i na koniec odsłuchu nie wiele zostaje w głowie. "Wrathbringer" to taki mocny, agresywny thrash metal jakich pełno dzisiaj na rynku. Jest dobrze, ale na kolana nie zostałem rzucony. Ciekawiej wypada bardziej techniczny "Awaken for reign" czy bardziej złożony "Deceived the gods". Gorzej prezentuje się tytułowy "Beyond the pale carcass", który jest toporny i nic ponadto. Więcej thrash metalowego łojenia mamy w "Feared Butcher" czy "Againts all". Całość zamyka "prey in the asylum" w którym słychać elementy Testament czy Anthrax. Płyta zlatuje w miarę szybko i choć brzmienie jest mocne i zadziorne, to jednak same kompozycje niczym specjalnym się nie wyróżniają. Płyta z serii posłuchać i zapomnieć.

Ocena:5/10

środa, 4 kwietnia 2018

MYSTIC PROPHECY - Monuments Uncovered (2018)

Od dłuższego czasu kapele heavy metalowe sięgają po utwory popowe z lat 80 czy współczesne, aby zagrać je po swojemu nadając właśnie heavy metalowego pazura. Czasami zdarza się, że zespoły nagrywają całe albumy z takimi coverami. Taki zabieg pozwala wnieść nieco świeżości do dyskografii i często potrafi pokazać nowe oblicze znanych przebojów z radia. Helloween czy Hammerfall nie poległo przy tym zabiegu. Jeśli chodzi o niemiecki Mystic Prophecy to też nie zawiedli i ich album jest równie ciekawy. Jest typowe dla tej kapeli ostre brzmienie i zadziorność. Z całej płyty należy wyróżnić kilka utworów, które zaskakują wykonaniem i aranżacjami. Na pewno dobrze wypada rockowy "You keep me hanging on", melodyjny "hot stuff" Donny summer, czy stonowany "Shadows on the wall" z repertuaru Mike'a oldfielda. Na plus zaliczyć na pewno pozytywny i radosny "im still standing" czy rockowy "Because the night". Dobrze zespół poradził sobie z kultowym kawałkiem T-rex w postaci "Get in on". Może nie ma większego zaskoczenia, to jednak bardzo dobrze się tych coverów. Zagrane są z lekkością i bez większej spiny. Takie wydawnictwa są dobre dla fanów, ale większość z nas czeka jednak na pełnometrażowy album z nowym materiałem, zwłaszcza że "War bridge" był dopracowanym albumem. Dobra płyta do auta.

Ocena: 6.5/10

piątek, 30 marca 2018

HYPERION - Dangerous Days (2017)

"Dangerous Days" to debiut włoskiej formacji Hyperion, która działa od 2015 r. Ich celem jest grać przyzwoity heavy/power metal opierając się o sprawdzone patenty. Nie są zespołem, który zaskoczy jakąś nowinką czy czymś świeżym. Grają dobrze i chyba na tym koniec. Na debiutanckim albumie "Dangerous Days" jest kilka ciekawych melodii, kilka mocniejszych riffów, ale całość nie wzbudza większych emocji. Można odnieść wrażenie, że to kolejny album w którym roi się od motywów Iron Maiden,Scanner czy Helloween.  Wokalista jest solidny, potrafi śpiewać wysoko, ale jest to tylko dobre. Nie zaskakuje nas ciekawą manierą, ani też jakimś urozmaiceniem. Można odnieść wrażenie, że i duet gitarowy gra tak jakoś od niechcenia i bez przekonania. Brakuje werwy i pomysłowości, a to przedkłada się nad jakość płyty. Plusem jest bez wątpienia klimatyczna okładka, która utrzymana jest w stylistyce s-f. Pozytywnym aspektem jest też krótki materiał, który pozwala nam przebrnąć przez ten wtórny album. "Ultimatum" to solidny otwieracz, który ma zadziorny riff, chwytliwy refren, ale jakoś nie wywołuje euforii. Tytułowy "Dangerous Days" wnosi więcej polotu i melodyjności. Taki luz wnosi na pewno łatwiejszy odbiór i więcej pozytywnej energii. Dalej mamy rozpędzony "Incognitus", w którym zespół przemyca patenty Scanner czy Judas Priest. Jednym z moich ulubionych kawałków z tej płyty jest nieco bardziej zadziorny "Ground and Pound", który ma coś z dawnego Running Wild. Nie brakuje też nutki hard rocka. To czyni ten utwór prawdziwym hitem. Jednym z bardziej rozbudowanych utworów na płycie jest melodyjny i energiczny "Forbidden Pages". Całość zamyka 8 minutowy kolos "Hyperion", który wyróżnia się mocniejszy riffem i topornością. Znów słychać echa Scanner, Grave Digger czy Iron Maiden. dobrze poprowadzona lina melodyjna, chwytliwy refren robią swoje. Dobrze się słucha tej płyty, choć motywy brzmią znane i nie ma tutaj powiewu świeżości. Płyta z serii na jeden raz, czyli posłuchać i odłożyć na półkę.

Ocena: 6.5/10

środa, 28 marca 2018

LUCIFERS HAMMER - Time is Death (2018)

W tym roku swój drugi album wydaje Lucifers Hammer, który pochodzi z Chile. "Time is Death" to propozycja dla fanów Iron Maiden, Judas Priest, Satan czy Mercyful Fate. Klimatyczna, bardzo mroczna okładka pokazuje, że panowie są mocno zapatrzeni w kapele z lat 80 i w muzyce też to słychać. Proste, ale zarazem pomysłowe patenty stanowią mocną stronę tej płyty. Kapela działa dopiero od 2012r, ale już pokazała że grać potrafi. Lucifers Hammer to przede wszystkim Haydes, który odpowiada za partie gitarowe i wokal. Wtóruje mu drugi gitarzysta Hypnos, który z Haydes tworzy zgrany duet i razem wygrywają ciekawe i chwytliwe melodie. W zasadzie to album brzmi bardzo klasycznie i old scholowo. Nawet brzmienie podrasowano by wszystko brzmiało jak w latach 80. Na płycie znajdziemy 7 kawałków dających 37 minut muzyki. Płytę otwiera "Time is Death", który początkowo brzmi jak "Hellion/Eletric Eye" Judas Priest. Niezwykła melodyjność i styl mocno przypominają Judas Priest. Utwór prosty w swojej formule, ale szybko dzięki temu wpada w ucho. Riff jest zadziorny i taki old scholowy. Takiej muzyki nigdy za wiele. W energicznym "Prisoners of the night" można doszukać się wpływów Helloween, czy też właśnie Judas Priest. Mocnym atutem tutaj jest szybka sekcja rytmiczna i nutka power metalu.Fanom starego Iron Maiden spodoba się marszowy i urozmaicony "Shade of Darkness", w którym dzieje się sporo. Podobne skojarzenia są przy okazji instrumentalnego "Garapuna".  Na płycie roi się od przebojów i jednym z nich jest chwytliwy i zadziorny "Lady Dark". Mocny riff atakuje nas w żywiołowym "Traitors of the night", który imponuje melodyjnością i klasycznym wydźwiękiem. Znów gdzieś tam słychać mieszankę starego Helloween i Iron Maiden.Całość zamyka rozbudowany "Dreamer", który zabiera nas do lat 80 i każdy znajdzie tutaj swój ulubiony band. Bardzo przemyślany kawałek, który pokazuje potencjał tej grupy. Nie mam zastrzeżeń i śmiało mogę ten album polecić fanom gatunku. Płyta dopracowana i przede wszystkim przemyślana. Nie ma tutaj miejsce na wypełniacze, jest cały czas granie na wysokim poziomie. No to czekam teraz na kolejne wydawnictwa tej kapeli.

Ocena: 8.5/10

SPELLWITCH - The Witching Hour (2018)

O Spellwitch za wiele nie wiadomo, ale warto wypatrywać ich w najbliższym czasie. Band, czy może raczej projekt muzyczny ma błogosławieństwo od samego Ceda z Blazon Stone. Początkowo myślałem, że to kolejny projekt muzyczny tego geniusza, ale jednak nie. O samym Spellwitch usłyszałem w roku 2017 i wiedziałem tyle, że będzie to muzyka skierowana do fanów starego stormwitch, savatage, iron maiden, helloween czy King Diamond. Taki opis mi wystarczył by bacznie obserwować newsy związane z debiutem Spellwitch. Oczywiście płyta zatytułowana "The witching hour" miała się ukazać pod skrzydłami wytwórni Stormspell.Kimmo Peramaki stoi za tym projektem i to on odpowiada za wokal, perkusję, partie klawiszowe i gitarowe. Jedynie wspiera go basista pan Raiski. To właśnie Kimmo odpowiada za pomysł na kompozycje, za produkcję i inne ważne aspekty płyty. Może nie było głośno o tym zespole, ale po wydaniu tak świetnego krążka jakim jest "The Witching Hour" będzie i dla wielu może to być kandydat do płyty roku. Dlaczego zapytacie się. Ta płyta jest magiczna i brzmi jakby powstała w latach 80. Jest klimat Kinga Diamonda, jest pomysłowość Stormwitch, jest przebojowość godna Iron Maiden czy Helloween, no i do tego klasyczne dźwięki rodem z starych płyt Savatage. Spellwitch to przede wszystkim klasyczne rozwiązania, które są odświeżone i jeszcze raz podane w nieco innej formie. Imponuje mi tutaj ta lekkość, liczne przejścia w aspekcie melodii, partii gitarowych. W każdym kawałku zaskakuje nas Kimmo swoją pomysłowością i aranżacjami. Jest to muzyka za grana prosto z serca, z miłości do metalu i z dedykacją dla maniaków heavy metalu lat 80. Nie ma tutaj wypełniaczy, a każdy utwór to przysłowiowy killer. Nawet piękna, klimatyczna okładka w której główną rolę gra kot jest idealnie dopasowana do muzyki i stylu Spellwitch. Na start mamy "Wreth of Fire" i zaczyna się ciekawym solem i potem nabiera odpowiedniej szybkości. Można tutaj doszukać się elementów Iron Maiden, Stormwitch, a nawet starego Helloween. Utwór niezwykle melodyjny i chwytliwy. No po prostu szczęka opada, że jeszcze w dzisiejszych czasach można stworzyć taki hit. Szybko wpadł mi w ucho nieco hard rockowy "Across The Universe", który jest utrzymany w średnim tempie. Refren potrafi oczarować nawet najbardziej opornego słuchacza. Z tego utworu bije taka piękna magia, że chce się słuchać tego kawałka w kółko. Taki klasyczny heavy metal w takiej formie zawsze jest wart uwagi. Dalej mamy również stonowany "Trust in Fire", który znów zabiera nas w rejony magicznego heavy metalu i hard rocka.  Momentami można odnieść wrażenie, że słuchamy starego Savatage czy Stormwitch, a to już świadczy o Spellwitch. W każdym kawałku pojawia się pomysłowy riff i czy refren i band cały czas utrzymuje ten styl. "Magic Scrolls" to mój faworyt pod tym względem. Gdzieś tam w tle słyszę stary Helloween z ery Keepera part 1, Stormwitch czy właśnie Savatage. Jest nutka power metalu, jest duch nwobhm co słychać w partiach sekcji rytmicznej. No a chwytliwy, wręcz hymnowy refren jest tutaj taką wisienką na torcie. Prawdziwa perełka i jedna z najlepszych kompozycji tego roku. Dużo energii w sobie ma "Night Sky ( take me under)", który również imponuje przebojowością. Echa Iron maiden są słyszalne, ale i wiele innych kapel z lat 80. Prosty riff i podniosły refren robią swoją. Nic więcej do szczęścia nie trzeba, bo Kimmo wymiata jako wokalista i gitarzysta. Kolejnym killerem na płycie jest żywiołowy "Legacy of Greed", który również uderza w rejony Helloween czy Savatage. Szybsze tempo, zadziorny wokal Kimmo i duża dawka przebojowości i mamy kolejny refren. Takie refreny jak ten tutaj powinny służyć za wzór dla innych. Czysta magia i perfekcjonizm, które imponują mnie na każdym kroku."Unwelcome Guests" to utwór, który brzmi jakby był nagrany z myślą o King Diamond czy Iron Maiden.Jest to jeden z najdłuższych utworów na płycie i kusi szerokim wachlarzem motywów i marszowym tempem. Niezwykle epicki i piękny kawałek. Idealne zwieńczenie świetnego albumu. Ten rok jest naprawdę dobry dla heavy i power metalu. Ten projekt Spellwitch stawiam obok Judasów i Axela Rudi Pella. Jeden z najlepszych albumów heavy metalowych ostatnich lat.

Ocena: 10/10

BOREALIS - The offering (2018)

Jeśli chodzi o Borealis to band ten kojarzy mi się z ich świetnym "Fall from grace", który ukazał się 2011 r. Ta płyta jest niezwykle nastrojowa i pełna takiego romantyzmu. Dużo pięknych melodii zostało tam ukrytych, a mimo tego to wciąż wysokiej klasy album power metalowy. Kolejna dzieła już nie wzbudzały takich emocji. Choć grupa działa od 2005r to już zebrało szerokie grono fanów i ich kariera z każdym albumem nabiera rozpędu. Najnowsze dzieło zatytułowane "The Offering" na pewno przysporzy im nowych fanów. Nowoczesne brzmienie, które jest niezwykle zadziorne i mięsiste dodaje tylko mocy całości. Kolejnym plusem wydawnictwa to świetna forma muzyków, którzy dają na płycie czadu. Każdy riff, każda melodia została zagrana z pomysłem i naciskiem na agresję i pazur. Można to poczuć niemal przez wszystkie kawałki. Jest mroczny klimat, który upiększa płytę i frontową okładkę. Całość jest spójna i miła w odsłuchu. Śmiało można mówić tutaj o jednym z najlepszych albumów tej kanadyjskiej grupy i jednym z najciekawszych albumów tego roku. Ta płyta ma w sobie to coś co zostaje na długo w pamięci. Płyta broni się samą muzyką, która jest dobrze wyważona między wolnym klimatycznym graniem, a szybkim power metalem. Co do zawartości na pewno plusem jest świetne otwarcie krążka za sprawą klimatycznego i bardziej złożonego "The fire between us", który nasuwa skojarzenia z Kamelot, czy Symhony X.Nie brakuje mocnych riffów i ciekawych melodii, co potwierdza zadziorny "Sign of no return". Ten kawałek oraz "River" nie bez powodu zostały wybrane do promocji nowego dzieła Borealis. Przede wszystkim oddają klimat płyty i charakter tej grupy. "River" jest mocniejszy, bardziej progresywny, ale i pełen power metalu. Album jest bardzo urozmaicony, bowiem pojawiają się tutaj marszowe, epickie kompozycje jak choćby "The second son". Jest też miejsce na piękno z "Fall from grace" co słychać w "Into the light" czy "Scarlet Angel".  Na koniec zespół zostawił nam agresywniejszy "Forever lost" i rozbudowany "the Ghost of innocence", który przemyca sporo ciekawych motywów i ukazuje progresywne oblicze kapeli.  Jednym słowem warto znać ten album, zwłaszcza jak siedzi się w klimatach Kamelot czy Symphony X.

Occena: 8.5/10

wtorek, 27 marca 2018

DRAGONHAMMER - The obscurity (2017)

"The blood of the dragon" z 2001 r to póki co najlepszy album włoskiego Dragonhammer. Kapela zasłynęła z melodyjnego power metalu, w którym jest nieco progresywnego heavy metalu. Włoski charakter jest tutaj słyszalny i są rozpoznawalni przez to. Działają od 1999r i mają na koncie 4 albumy, które w pełni oddają ich styl i poziom muzyczny. Nigdy nie byli jakimś super bandem, który powala na kolana, ale znają się na tym co robią, tak więc mają w zanadrzu kilka ciekawych utworów. "The x experiment" z 2013 był powrotem po latach, ale niestety to już nie było to co kiedyś. Najnowsze dzieło "Obscurity" jest tym do czego band nas przyzwyczaił, a przede wszystkim powrotem do korzeni. Jest power metal, jest melodyjność i ta nutka progresywności. Flavio i Giuseppe stworzyli zgrany duet gitarowy i słychać, że się panowie rozkręcili. Słychać, że postawili tym razem na prostsze motywy i ciekawsze melodie. Nowy album to też dobra forma wokalna Maxa, który znów przypomniał,że jest charyzmatyczny i że umie śpiewać w wysokich rejestrach. To wszystko przedkłada sie na jakość płyty i jej styl., co zbliża nas do świetnego debiutu. Otwierający "The Eye of the storm" mógłby spokojnie trafić na debiut "The blood of the dragon". Jest szybkie tempo, dobrze wykorzystane klawisze, no i atrakcyjny motyw gitarowy. Nie gorzej wypada energiczny "Brother vs Brother", w którym jest troszkę neoklasycznego grania. Dalej mamy nieco marszowy, bardziej klimatyczny "Under the vatican ground", który potrafi oczarować złożonymi solówkami.Jednym z najostrzejszych kawałków na płycie jest agresywny "The game of blood", który ukazuje potencjał tej kapeli. Riff "The town of Evil" ma coś z "Lochness" Judas Priest i na pewno nie jest to jakaś wada. Na płycie jest całkiem sporo power metalu i świadczy o tym dynamiczny "Fighting the beast" czy zamykający "Obscurity". Nie ma słabych utworów na nowej płycie i w zasadzie całość jest bardzo przemyślana. W końcu Dragonhammer wraca na właściwe tory. Album jak najbardziej polecam.

Ocena: 8.5/10

sobota, 24 marca 2018

BULLET - Dust to gold (2018)

Szwedzki Bullet to kapela, która żyje cały czas latami 80. Ich image, muzyka, styl i aranżacje nawiązują do kultowych kapel. Kiedy słychać w głośnikach muzykę Bullet to od razu na myśl przychodzi Ac/dc, Accept, Judas Priest, czy Scorpions. Stawiają na proste motywy, na przebojowość i klimat lat 80. Właśnie w takim stylu nagrywają muzykę od 2001r. Mają na swoim koncie już 6 albumów i ten najnowszy "Dust to gold"  to kwintesencja tej grupy. Wokalista Dag śpiewa tak jak zawsze z niezłą chrypą i przy tym przypomina Briana Johnsona czy Udo Dirkschneidera. Bullet to również udany duet gitarowy Alexander/Hampus. Jest hard rockowy luz i heavy metalowa drapieżność i do tego dochodzi klimat lat 80, co tylko dodaje uroku całości. Nowy album bullet to nic nowego i mamy świetną kontynuację "Storm of blades". Na płycie znajdzie się 12 dobrze wyważonych kawałków, które pokazują jak zespół imponuje pomysłowością i dbałością o szczegóły.  Na start wybrano speed metalową petardę czyli "Speed and attack". Jest szybko, agresywnie i klimatycznie. Jednak stara szkoła heavy metalu rządzi. Panowie zrobiliby niezłą karierę, jakby działali w latach 80. Fanom Hard rocka i Ac/Dc mogę polecić przebojowy "Aint Enough" i to robi ogromne wrażenie. Niby prosty i oklepany riff, ale jakże wpada w ucho. Dużo Accept znajdziemy w zadziornym i ostrym "Fuel The Fire". Kolejnym szybszym kawałkiem na płycie jest energiczny "One more round", który ma w sobie sporo hard rockowego feelingu.  "Highway love" to mieszanka kiss, Ac/Dc i Accept, tak więc znów stara szkoła hard rocka. Jednym z moich faworytów jest rozpędzony "Screams in the night", który nawiązuje do starych płyt Judas Priest. Jest tutaj sporo energii i mocnych popisów gitarowych. Nic tylko słuchać.  Lżejszy "Forever Rise" też może porwać swoim klimatem i aranżacjami. Całość zamyka marszowy, heavy metalowy hymn "Dust to gold", który idealnie podsumowuje cały krążek. Płyta jest bezbłędna i pokazuje, że trzeba się liczyć z tą formacją na rynku muzycznym. Soczyste brzmienie, zgrany band i pomysłowe kawałki sprawiają, że "Dust to gold" to jeden z ich najlepszych albumów.

Ocena: 8,5/10

piątek, 23 marca 2018

GUS G - Fearless (2018)

Ostatnie płyty solowe uzdolnionego gitarzysty Gusa G były niezbyt udane od strony artystycznej. Zarówno "i am fire" jak i "brand new revolution"pokazywały brak pomysłów i ciekawych riffów. Płyty były po prostu nijakie i wyprane z dobrych melodii. Nie tak dawno gitarzysta pokazał klasę na ostatnim dziele "Firewind". To dawało podstawy by sądzić, że najnowszy krążek solowy zatytułowany  "Fearless" może być również ciekawy i przemyślany jak "Immortals" Firewind. Gus G nagrał tą płytę z perkusistą Willem Huntem i Dennisem Wardem. Ten ostatni spełnia się nie tylko jako kompozytor, basista, ale też i wokalista. To właśnie on nadał tej płycie luzu, dynamiki, czy przebojowości, z której zasłynął w swoich kapelach jak Pink cream 89 czy Unisonic. Już promujący album "Letting Go" pokazuje, że te Trio dobrze się rozumie i wie czego chce. Gus G wygrywa mocny riff i sporo ciekawych zagrywek, które przywołują na myśl najlepsze lata Firewind. Dalej mamy kawałek o nazwie "Mr. Manson" i brzmi jak hołd dla ery Gusa w zespole Ozziego Osbourne;a. Jest mrok, jest nutka tajemniczości i prosty motyw. Mamy też energiczny i bardziej power metalowy "Dont tread on me", który pokazuje potencjał tego składu. Cały czas zaskakuje swoim wokalem Dennis Ward. Ma w sobie to coś, co przykuwa słuchacza. Niby ma manierę hard rockowego wokalisty, ale w tej konwencji heavy/power metalowej też idealnie się sprawdza. Tytułowy "Fearless" to jeden z 3 instrumentalnych utworów, w którym popis daje sam Gus. W tym wszystkim uroczo wypada cover kultowego "Money for nothing". Mamy też hard rockowy "chances", zadziorny "Big City" i bardziej komercyjny "The last of my kind". Jest spójny materiał, zgrany skład i wszędobylski Gus G i Dennis Ward. Mamy też mocniejsze riffy i więcej przebojów, ale wciąż uważam, że lepiej jak Gus zajmie się Firewind i tam skupi całą swoją siłę i pomysłowość.

Ocena:7/10

ROSS THE BOSS - By blood sworn (2018)

Długo swoim fanom kazał czekać Ross the Boss. 8 lat czekania na trzecie wydawnictwo zatytułowane "By blood sworn" to długi czas i wielu oczekiwało wielkiego dzieła i czegoś na miarę twórczości Manowar. Ostatnie dwa dzieła pod szyldem Ross the Boss to udany miks heavy/power metalu. Było szybko, melodyjnie i przebojowo. Nowy album został nagrany z nowym składem, ale styl nie uległ zmianie. Mamy w zespole basistę Mike'a Leponda, który wniósł sporo mocy i epickości w tym aspekcie. Jest też perkusista z innej kapeli Rossa, czyli death Delaer. Największą nie wiadomą był wokalista Marc lopes. Potrafi śpiewać wysoko, ale też i wkłada w to sporo charyzmy, co daje w efekcie jeden z mocniejszych punktów nowej odsłony Ross the boss. Sam Ross jakby wrócił do swoich korzeni i można poczuć się jak za czasów "Battle hymn" czy "Hail to england". To akurat spora zaleta. Nawet brzmienie jest jakby nastrojone na miarę lat 70/80. "By blood sworn" to album na pewno true heavy metalowo, ale kuleje tutaj nieco element przebojowości. Marszowy otwieracz "By blood sworn" przypomina kultowy "Battle Hymn" i to potwierdza w jak dobrej formie jest Ross. Zadziorny i przebojowy "Among the Bones" to kawałek, który też zabiera nas do czasów Rossa w Manowar. Nie brakuje na nowym krążku też szybszych kompozycji co potwierdza agresywny "This is vengeance". Nieco urozmaicenia dodaje hard rockowy "Devil's Day" czy ballada "Faith of the fallen". Stonowany "Lilith" imponuje rożnymi motywami i złożonymi solówkami. Jest to najdłuższa kompozycja na płycie, którą zaliczyć należy do tych najlepszych na płycie. Końcówka płyty jest równie ciekawa, bo pojawia się tutaj zadziorny "Mother of Horrors" czy energiczny "Fistful of hate". Ross the boss powrócił i to dobry powrót. Niedosyt jednak pozostał, bo płyta tylko dobra i nie robi większego wrażenia. Lepiej poczekać na nowe dzieło Death Dealer, bo tam Ross spełnia się w 100 %.

Ocena: 7/10

czwartek, 22 marca 2018

WILD WITCH -The offering (2017)

Gdy zobaczyłem tą okładkę rodem z płyt Mercyful Fate i jej klimat z lat 80, to stwierdziłem że nie mogę odpuścić tej płyty. Wild Witch to brazylijski band, który powstał w 2011r i teraz w 2017 wydał swój debiutancki album. Ciężko to pojąć, bo wszystko by wskazywało na band z europy i to jeszcze z lat 80. Ostoją bandu jest Felipe, który jest wokalistą i basistą. Śpiewa jak rasowy heavy metalowy wokalista, tak więc nie szczędzi sobie gardła. Z kolei gitarzysta Mariano stawia na proste i chwytliwe riffy, które przenoszą nas do lat 80. W zasadzie nic tutaj nie zawodzi, a każdy element po prostu potrafi oczarować prostotą i pomysłowością. Na start mamy klasyczny hymn w postaci "Heavy metal inferno", który ma coś z NWOBHM.  Rozpędzony "Night rulers" ma coś z Ironów, Judasów czy Saxon, tak więc klasyka gatunku tutaj się kłania. Bardzo melodyjny "To the lions" to kolejny hit na płycie, a jest ich sporo. Echa accept mamy w marszowym "From the purgatory", zaś "Diabolic jaws" atakuje nas mocnym riffem.Choć materiał jest krótki to dostarcza słuchaczowi sporo frajdy i można się poczuć jak za młodzieńczych lat. "Blades of Pain" brzmi znajomo, ale nie przeszkadza to w odbiorze. Z utworów bije pozytywna energia i miłość do metalu. Zespół dobrze się bawi grając taki klasyczny heavy metal. Marszowy i bardziej rozbudowany "Exiles in Hell" też pokazuje, że band potrafi tworzyć też dłuższe kompozycje. Całość zamyka petarda w postaci "Lightning on the road", który idealnie podsumowuje całość. Płyta bardzo dynamiczna, bardzo klasyczna i bez jakiś wypełniaczy. Świetny debiut młodej formacji z Brazylii i trzeba będzie mieć na oku ich karierę.

Ocena: 9/10

sobota, 17 marca 2018

RAM - Rod (2017)

2 lata przyszło czekać fanom szwedzkiego Ram na nowe dzieło. "Svbversvm" okazał się świetnym i dobrze wyważonym albumem, który pokazał klasę zespołu. Warto było czekać, bo najnowsze dzieło w postaci "Rod" podtrzymuje jakość i styl jaki band prezentował na ostatnich płytach. "Rod" to swoista kontynuacja i rozwinięcie pewnych pomysłów. Całość jest bardzo klimatyczna, mroczna i bardzo heavy metalowa. Ram to przede wszystkim bardzo utalentowany wokalista Oscar, który potrafi nadać kompozycjom odpowiedniego charakteru i klimatu. Odwala kawał dobrej roboty na nowym krążku.  Ram to również para zgranych gitarzystów, którzy dwoją się i troją, by zaskoczyć słuchacza. Stworzyli panowie dla nas sporo mocnych i godnych zapamiętania riffów. Cała machina płynnie działa i nie ma powodów by było inaczej. Można było nieco zmienić tytuł, na przykład dając "Ramrod The Destroyer" skoro 6 na 10 z całej płyty zajmuje odyseja, która jest podzielona na 6 kawałków. No, ale to tylko tytuł. Otwieracz to typowe mocne wejście i 7 minutowy "Decleration of independance" robi ogromne wrażenie. To kompozycja niezwykle klimatyczna i bardzo złożona. Dalej mamy jeszcze szybciej, bowiem atakuje nas "On wings of no return". Chwytliwy kawałek, który napędza niezwykle melodyjny riff. Bardzo klasyczny kawałek. Kolejnym kolosem jest bardziej hard rockowy "Gulag", który zadowoli fanów Accept czy Judas Priest. Jeszcze agresywniej jest w mocarnym "A throne at midnight". Majestatyczny "Anno infuntus" to pierwsza część "ramrod the destroyer". Dalej mamy zadziorny i nieco bardziej urozmaicony "Ignitor". Największe wrażenie na mnie zrobił rozpędzony i ostry "Incinerating Storms", który brzmi jak mieszanka Mercyful Fate i Judas Priest z czasów "Painkiller". Perełka! Całość zamyka klimatyczny "Ashes", który pełni rolę outra. Ram jak zwykle nie zawiódł i znów wydał świetny album, który robi furorę i zaliczyć należy do tych najlepszych roku 2017.

Ocena: 9/10

czwartek, 15 marca 2018

VULTURE - The guillotine (2017)

Może jestem staroświecki, może jestem już stary, ale oczy cieszy widok takich okładek. Jest klimat lat 80, prosty motyw i zapadający motyw. Okładki z lat 80 budziły grozę i tak też jest z okładką płyty Vulture. Ten band to kolejne moje małe odkrycie. Tradycyjnie kupiła moje serce kapela z Niemiec. Tam to rodzą się kapele grające z sercem i pasją. Mają krwi granie na wysokim poziomie. Vulture powstał w 2015 r, a w 2017 wydał debiutancki album "The Guillotine". Album robi spore wrażenie, ponieważ zabiera nas do lat 80, do czasów gdzie na porządku dziennym był ostry heavy/speed metal z domieszką czystego thrash metalu.  W ich muzyce słychać wpływy Razor, Exciter, Agent Steel czy Exodus. Nie tylko styl i jakość robią spore wrażenie. Wokalista L. Steeler potrafi rzucić na kolana swoim wokalem. Śpiewa agresywnie, z pasją i pazurem. Nadaje całości klimatu lat 80. Ten album to kopalnia killerów i w zadzie nie ma tutaj słabych kawałków. Warto odnotować też szorstkie i przybrudzone brzmienie, które przypomina dokonania Kreator na początku swojej kariery. 9 kompozycji wydaje się troszkę mało, ale w sumie w latach 80 też tak nagrywali więc można to przeżyć. Zaczyna się klimatycznie bo od "Vendetta". Przez około minutę słychać mroczną melodię rodem z jakiegoś horroru, dopiero potem wkracza ostry riff i kawałek nabiera szybkości. Pierwsze dźwięki są imponujące i już wiadomo, że nie jest to płyta stworzona z przymusu. Tutaj grają panowie, którzy kochają speed metal. Słychać tą pasję i zamiłowanie do tego gatunku. Klasyczne rozwiązania słychać w melodyjnym "Clashing Iron", a to dopiero początek jazdy. Zespół jeszcze bardziej przyspiesza w dynamicznym "Triumph of the Guillotine". Thash metal pełną gębą i kocham takiej jakości thrash metal. Genozider/Outlaw tworzą zgrany duet gitarowy, który cały czas atakuje słuchacza ciekawymi riffami. Świetny klimat otacza "Adrian's cradle" , w którym zespół daje upust swojej melodyjności. Jest też bardziej techniczne granie w "Paraphiliac", czy tez pomysłowość zespołu w bardziej rozbudowanym "Cry for death". Na deser w wersji japońskiej mamy cover Deep Purple w postaci "Stormbringer".  W zasadzie to nie mam zastrzeżeń, a o zachwytów można by pisać i pisać. Jedna z najlepszych płyt roku 2017. Kawał ostrego heavy/speed/thrash metalu. Czekam na więc płyt niemieckiej grupy Vulture!

Ocena: 10/10

wtorek, 13 marca 2018

Time Shadow - A world Beyond (2017)

Time Shadow to ukraiński band, który zadebiutował w 2017r za sprawą "A world Beyond". Zespół zaczynał w 2010 r i początkowo wykorzystywali swój ojczysty język. Po czasie jednak zmieniono teksty na angielski, co na pewno pozwoli przebić się do szerszego grona fanów. Ich muzyka to w zasadzie prosty heavy/power metal z domieszką symfonicznego metalu. Band wykorzystuje patenty znane z Rhapsody, Hammerfall czy Gloryhammer. Debiutancki album to również prosta muzyka, która trafi do słuchaczy, którzy nie mają wygórowanych wymagań. Jeśli wystarczy wam wyrazisty wokalista o operowym głosie, chwytliwe melodie i mocne riffy to będziecie zadowoleni. Brzmienie jest nieco łagodne i trochę plastikowe, ale da się to wybaczyć. Na płycie mamy 9 kompozycje i raczej ciężko mówić tutaj o petardzie. Otwierający "Reign in metal" jest prosty i poprawny w swojej konwencji. Echa klasycznego heavy metalu można wyłapać w energicznym "Attack". Ciekawy motyw melodii mamy w przebojowy "Lord of the dreams', który ma coś z twórczości Powerwolf. Klasyczny wydźwięk ma też zadziorny "Ashes"czy żywiołowy "Immortal Warrior". Końcówka płyty jest równie ciekawa, bo pojawia się niezwykle melodyjny "Fly higher" czy klimatyczny "Ascending". Materiał jest krótki, ale bardzo treściwy. Zespół pokazuje, że grać potrafi i potrafi grać na dobrym poziomie. Na pewno warto ich mieć na uwadze.

Ocena: 6/10

sobota, 10 marca 2018

JUDAS PRIEST - Firepower (2018)

W dzisiejszych czasach znacznie łatwo o album, który zabiera nas do lat 80 i najlepszych lat Iron Maiden, Judas Priest czy Accept. W czasach, gdzie roi się od różnych eksperymentów i bardziej ekstremalnych odmian co raz bardziej zadowala nas proste, tradycyjne granie, który przypomina nam złote czasy najlepszych kapel. Wiadomo tuzy heavy metalu nie muszą już gonić za sukcesem, nie muszą przekonywać o swojej wielkości. Nasi idole mają ten komfort, że jakby chcieli mogliby zejść godnie ze sceny. My fani jednak mamy tak, że żyjemy przeszłością i oczekujemy od tych zasłużonych formacji kolejnych klasyków i wielkich albumów, które zwołują świat i zrobią porządek z młodymi, nie ogranymi zespołami. Oczekując na album Ironów wypatrujemy czegoś wielkiego na miarę "The number of The Beast", oczekując na nowy Running Wild spodziewamy się drugiego "Pile of Skulls", a od Judasów wymagamy drugiego "Painkillera". Lata lecą, czasy się zmieniają, a muzycy też nie są wstanie kopiować swoich najlepszych pomysłów. Jaki byłby tego sens? Co innego inspirowanie się, czy kontynuowanie pomysłów z dawnych lat. Brzmi jak misja nie możliwa, którą można rozpatrywać w kategorii marzeń. Mamy rok 2018 i wiele starych dobrych kapel odeszło. Black Sabbath, czy Motorhead. Nie dawno Iron Maiden pokazał, że starzy wyjadacze są wstanie zaskoczyć fanów i konkurencję. Judas Priest też stanął przed takim wyzwaniem.

Judas Priest to żyjąca legenda, choć obecnie to już troszkę nieco inny band. KK Downing jest na emeryturze, zastąpił go w 2011r Richie Faulkner, a w tym roku jeszcze Tipton ogłosił zaostrzenie choroby Parkinsona, z którą walczy od 10 lat.  W 2014 r nagrano naprawdę udany "Reedemer of Souls", który pokazał, że zespół potrafi nagrać jeszcze mocne utwory i potrafi przypomnieć ich złote czasy. Płyta była bardzo zróżnicowana i miała kilka wad jak brzmienie, czy kilka wypełniaczy. Wokalnie Rob też jakoś momentami jakby śpiewał na siłę. Sukces płyty jednak pozwolił zespołowi zabrać się na poważnie za nagrywanie nowego albumu. W zasadzie nie było zbyt długiego okresu oczekiwania na nowe dzieło zatytułowane "Firepower". Ostatnio trzeba było czekać 6 lat, a teraz tylko4 lata.

Promocja nowego krążka była imponująca. Dwa klipy, dużo zwiastunów i sporo fajnych wywiadów. Apetyt był zaostrzony, zwłaszcza że wszystko zapowiadało petardę. Jednym słowem szykował się nam klasyczny album, który od razu został okrzyknięty albumem "najlepszym od czasów painkillera". Brzmi jak herezja napalonych fanów. Jednak to nie do końca prawda.

Nowy album brzmi świeżo, agresywnie, dynamicznie i spora w tym zasługa Toma Alloma, klasycznego producenta Judas Priest oraz Andy Snepa. Andy pozwolił ożywić takie tuzy jak Saxon czy Accept. Dokładnie to samo zrobił z judaszem. Nadał mu mocy, świeżości i agresji. Pod  względem agresji jak i mocy brzmieniowej to "Firepower" można postawić obok "Painkiller" czy "Jugulator". To już daje sporo do myślenia.

Okładka frontowa to kolejny aspekt, który pozwala postawić "Firepower" wśród klasyków tej grupy. Na myśl przychodzą motywy "Turbo" , "Painkiller" czy "Screaming for Veangence". Wystarczy spojrzeć na kolorystykę, to jak ułożony jest główny bohater okładki.

Tyle poszlak i nasuwa się wniosek, że Judas Priest dokonał niemożliwego i nagrał zagubiony klasyk, który mógłby śmiało ukazać się po "Painkiller". Nie zawsze się udaje to, bo ciężko nagrać tak klasyczny album, który przypomni glorię i chwałę wielkiego zespołu. "Painkiller" to biblia metalu, to album ponadczasowy, który wyznaczył trend. To album od początku do końca przebojowy, agresywny, a zarazem zróżnicowany. Tej płyty słucha się jednym tchem. Dokładnie tak samo jest z "Firepower". Ta płyta ma kopa, ma energię, polot, jest nowoczesna, a zarazem bardzo klasyczna. Każdy riff zabiera nas w różne rejony Judasów, ma inny wydźwięk, ale jest spójność i jeden poziom. Nie ma takiego chaosu jak na poprzednim albumie. Dawno Judas nie miał tak, że petarda goniła petardę. Richie nie jest KK Downingiem, ale rozwinął się i  to jako gitarzysta i jako kompozytor. Słychać, że zdominował tą płytę. To właśnie jego sola są tutaj jakby główną atrakcją. Mogłoby być więcej pojedynków i więcej Tiptona, ale wiadomo że z chorobą ciężko niektóre rzeczy zrobić. Kolejnym fenomenem tej płyty jest wokal Roba, który brzmi jakby przeżywał drugą młodość. Sporo ostrych partii, nie oszczędza swojego gardła i sporo wysokich rejestrów na miarę painkillera się pojawia na tej płycie. W tym aspekcie jest to płyta również najlepsza od czasów "Painkillera".

Obawiałem się czy 14 utworów i prawie godzinny materiał to nie za dużo jak na klasyczny album Judas Priest, jednak nie jest to wada, lecz zaleta tej płyty. Otwieracz zawsze były dopierane starannie u Judasów. Albo był to ostry "Painkiller", albo zadziorny "Ram it Down", czy też żywiołowy "Freewhel Burning". Zawsze miały rzucić słuchacza na kolana i pokazać moc danego albumu. Tym razem jest podobnie. Na pierwszy ogień idzie tytułowy "Firepower", który był wałkowany przeze mnie bardzo długo i to jeszcze przed premierą. Słusznie wybrano go na utwór promujący album. Sam kawałek jest ostry, ale też bardzo klasyczny. Mocne gitary i zadziorny wokal w refrenie przywołuje erę Jugulator czy Painkiller. Dawno panowie tak ostro nie grali. Riff, który nas atakuje z początku ma coś "Dragonaut" ale tez i coś z klasyki. Można tutaj doszukać się patentów z "Defenders of Faith" czy "Screaming For Vengeance". Tak jak w "Painkillerze" płytę otwierał ostry tytułowy kawałek, a drugim był marszowy wręcz "Hell patrol", tak tutaj scenariusz powtarza się. Drugi na płycie jest przebojowy "Lighting Strike", który brzmi jak rozwinięcie pomysłów z "Hell patrol" czy "Reedemer of Souls". Marszowe tempo, ciekawa linia melodyjna w zwrotkach i hymnowy refren czynią ten kawałek klasycznym. Te dwa pierwsze kawałki muszą zagrać na nowej trasie koncertowej. Dalej jest równie ostro, mocno i mrocznie. Riff z "Evil Never Dies" można przypasować do czasów "Painkiller", czy "Jugulator". Nawet można mówić tutaj o solowej karierze Roba i to pod szyldem Fight jak i Halford. Na takie gitarowe łojenie w okolicach thrash metalu warto było czekać. Rob znów daje niezły popis swojego głosu. Panowie nie zwalniają tempa i serwują nam klasyczny "Never the Hereos", który mógłby trafić zarówno na "Painkiller" jak i wcześniejsze dokonania. Wstęp niezwykle klimatyczny, a syntezatory nasuwają tutaj czasy "Turbo". Motoryka i refren bujają niczym "Worth fighting For". W zwrotkach Rob Śpiewa bardzo klimatyczny i buduje napięcie. Kolejny klasyk zaliczony, a to dopiero początek płyty. Dużo na tej płycie mocnego grania, takiego jak przystało na "Painkiller" i wszystko podsycone produkcją Snepa.  Kolejną petardą jest "Necromancer", który można porównać do "Demonizer". Poziom i jakość z poprzednich kawałków jest utrzymana, a skojarzenia z "Painkiller" dalej towarzyszą i nie chcą odejść. W "Children of the Sun" nie ma może Dickinsona, jak wcześniej podawała Wikipedia, ale jest dużo toporniejszego heavy metalu rodem z Accept. Andy Sneap nadał mocy Judas Priest, ale jednocześnie wrzucił ich do worka z Saxon czy Accept. Czy to jest coś złego? Raczej nie, skoro tamte tuzy też przeżywają obecnie drugą młodość. Sam utwór buja i potrafi zapaść w pamięci. Ostry riff rodem z "Painkiller", ale wykonanie i klimat rodem z "Stained Class" ,"Ram it Down" czy "Killing Machine". Na półmetku mamy instrumentalny "Guardians", który nadaje nieco epickości i niepewności co do dalszej części płyty. Dobry kawałek, którym można rozpocząć setlistę koncertową. Utwór przechodzi w marszowy i bardziej klasyczny "Rising From Ruins". Dużo tutaj złożonych i pomysłowych solówek. Kolejnym mocnym kawałkiem na płycie jest "Flame Thrower", który kusi ostrymi partiami gitarowymi i zadziornym wokalem Roba. Jest moc, agresja, jest power, ale refren troszkę nie dopracowany. To jest dobry przykład, że na tej płycie znajdą się też patenty bardziej w stylu Accept. Ta płyta ma tyle hitów, tyle różnych perełek, że naprawdę ciężko wskazać tą jedyną. Serce moje jest za "Spectre". Riff bardzo pomysłowy, choć ma coś "Delivering The gods". Znów to marszowe tempo, Roba który przyprawia o dreszcze i no i ten refren, który nie chce mnie już opuścić. Nie dziwi mnie, że do tego kawałka również nakręcono klip. Niby stary Judas, a zarazem nowoczesny, autentyczny i bardzo agresywny. Tak ma brzmieć heavy metal naszych czasów. Początek "Traitors Gate" przypomina nieco "Hellrider" , a nawet "Nightcrawler". Spokojnie, mrocznie, klimatycznie, a potem przyspieszamy i znów agresja bije z kawałka. To kolejny mój faworyt.  Bardzo ciekawie wypada ten pomysłowy refren. Dawno panowie nie stworzyli imprezowego kawałka w stylu "Living After midnight" czy "Breaking the Law". W tym charakterze utrzymany jest hit zatytułowany "No surrender". Co za refren, co za polot i agresja.  Bez wątpienia jeden z tych utworów, w którym króluje Tipton. "Lonewolf" to utwór, który stylem i klimatem przypomina dokonania Black Sabbath. Niezbity dowód na to jak zróżnicowany jest ten album. Na koniec został nam "Sea of Red", który pełni rolę rozbudowanej ballady. Przypominają się czasy "Beyond the realms of death".


Nie mogłem się doczekać tej płyty, ale warto było czekać. Dobrze, że panowie wciąż tworzą muzykę, bowiem słychać że wciąż mają świetne pomysły. Mogłoby się wydawać, że Judas Priest nie musi nic udowadniać, że może iść na emeryturę, ale ten album pokazuje, że nic nie stracili na jakości przez te wszystkie lata. Nie ma już lat 80, ale oni dalej są wierni swojemu stylowi, choć ta płyta brzmi nowocześnie, jak przystało na obecne czasu. Jest agresja, jest przebojowość i klasyka. Ten album ma z "Painkillera" agresję, trzymanie wysokiej jakości muzyki i dużo zadziornych riffów, ale ma też dynamikę z "Defenders of Faith", ma tez klasyczne rozwiązania znane z "Screaming for vengeance". Jednak można nagrać klasyczny album, który może mierzyć się z najlepszymi albumami danego zespołu. Judas Priest tego dokonał i nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów. Ja właśnie znalazłem zaginiony klasyk tej grupy i mam nadzieję, że z Andym Sneapem otwierają nowy rozdział i nagrają jeszcze kilka takich albumów jak "Firepower". A czy wy poznaliście moc ognia?

Ocena: 10/10

DESTRUCTOR - Decibel Casualties (2017)

W 2016 roku powróciła z nowym albumem kolejna solidna kapela, która działała w latach 80. Mowa o  amerykańskim Destructor. Kapela powstała w 1983 r i w 1985 wydała debiutancki "Maximum Destruction", który odniósł spory sukces. Potem kapela przepadła i w 2007r wydała dopiero drugi album, który też tylko na chwilę obudził zespół. Ostatnie dwa lata są kluczowe dla zespołu, bo jest stabilność w ich szeregach. To co panowie grają to klasyczny heavy/speed metal z domieszką thrash metalu. Fani Exciter, czy Agent Steel będą zadowoleni tym co usłyszą na najnowszym dziele amerykanów. "Decibel Casualties" to już 4 album i w zasadzie zespół niczym nas nie zaskakuje. Przybrudzone brzmienie, czerpanie garściami z lat 80 no i do tego specyficzny wokal Dave'a Overkilla. To wszystko składa się w spójną całość. Nie jest to jakieś oryginalne granie, ani też na jakimś wysokim poziomie, ale jest to płyta warta uwagi.  Płytę otwiera dynamiczny "Restore chaos", który jest klasyczny i bardzo zapadający w pamięci. Jeszcze ciekawszy okazuje się melodyjny i bardzo energiczny "Keep the faith". Nieco mamy granie na jedno kopyto, ale bardzo dobrze się słucha takich hitów jak "Metal spike deep", choć nie wnoszą nic nowego ani do twórczości zespołu jak i gatunku. Dużo tutaj żywiołowych petard co potwierdza taki "The last Days" czy rytmiczny "Metal till death". Całość zamyka thrash metalowy "In hell", który jest jednocześnie najbardziej rozbudowanym kawałkiem na płycie. Destructor nagrał solidny album, który może się spodobać fanom speed/thrash metalu. Może nie ma tutaj nic odkrywczego, ale wciąż jest popyt na takie granie. Warto zapoznać się z "decibel Casualties".

Ocena: 7/10

środa, 7 marca 2018

AXEMASTER - Crawling Chaos (2017)

"Overture to Madness" był dobry powrotem amerykańskiego Axemaster do grania. Kapela, która działała na przełomie lat 80 i 90 nie miała lekko. Nagrał dwa całkiem ciekawe krążki i przepadła. Po drodze były zmiany nazw zespołu, zmiany personalne, ale udało się jakoś im przetrwać. Powrócili i dalej tworzą muzykę z pogranicza heavy/speed metalu i thrash metalu. Może nie na należą do czołówki najlepszych kapel w tym gatunku, ale wiedzą jak tworzyć wartościowe kawałki, jak zagrać dobrze w stylu lat 80. Najnowsze dzieło zatytułowane "Crawling Chaos" przyciąga za sprawą klimatycznej okładki wzorowanej na twórczości Lovecrafta. Jest gdzieś w tym klimat lat 80, tak więc takie smaczki zawsze przyciągają uwagę.  Znajdziemy tutaj 10 kawałków, które w zasadzie odzwierciedlają to do czego band nas przyzwyczaił. Mamy swoistą kontynuację tego co mieliśmy na "Overture to madness". Choć można odnieść wrażenie, że zespół nieco zwolnił tempo, postawił na mroczniejszy klimat i nieco bardziej progresywny wydźwięk.  Z klasycznego składu mamy gitarzystę Joe'a Simsa, który stara się napędzać cały zespół. Kluczową rolę zaczął odgrywać również wokalista Geoff Macgraw, który ma specyficzną manierę wokalną. To wszystko dobrze ze sobą współgra, ale czegoś brakuje. Może nieco polotu? może nieco świeżości i agresywności? Z pewnością tak. Mimo pewnych wad, album się broni i może dostarczyć sporo frajdy. Nie brakuje toporności, którą słychać w otwierającym "10 000 pound of hammer". Na uwagę zasługuje też klimatyczny i nieco mroczny "Crawling Chaos", który jest tylko solidny w swojej formie. Nieco ciekawszy się okazuje marszowy "Aldar Rof", który ukazuje heavy metalowe oblicze zespołu.Więcej thrash metalu można wyłapać w ponurym "Bravado". Ciężki i mocarny riff to jednak troszkę za mało, żeby powalić na kolana. Całość zamyka najciekawszy na płycie utwór czyli "Knights of Pain". Płyta bardzo nie równa i na dłuższą metę nieco nużąca. Brak urozmaicenia i wyróżniających kawałków działa na niekorzyść Axemaster. Album dla zagorzałych maniaków gatunku i tylko do nich skierowany jest ten krążek.

Ocena: 5/10

wtorek, 6 marca 2018

MICHAEL SCHENKER FEST - Resurrection (2018)

Michael Schenker to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i uzdolnionych gitarzystów. Dał się poznać za sprawą takich kapel jak Ufo, Scorpions, czy Michael Schenker Group.  W tym roku powraca z nowym projektem o nazwie Michael Schenker Fest. Znajdziemy tutaj muzyków, którzy na dobre współpracują z Schenkerem w Michael schenker Group oraz Temple of Rock. Nie zdziwi Was więc obecność Graham Bonneta, Doggiego White;a, Gary'ego Bordena czy Robina Mcauley;a. Udało też się zaprosić takich gości jak  Kirk Hammet z Metallica. Mając takich doświadczonych muzyków i wolną ręką można było tylko stworzyć prawdziwą hard rockową perełką. Debiutancki album "Resurrection" to klasyczny hard rock, który zadowoli fanów Uriah Heep, Deep Purple czy Rainbow. Michael Schenker stawia tutaj na finezję, lekkość i bardzo złożone riffy, który imponują energią i pomysłowością.  Kirk Hammet daje czadu w rozpędzonym "Heart and Soul", który zaskakuje szybkością i nieco neoklasyczną formułą. Płytę promował "Warrior", który uwydatnia to co najlepsze w muzyce Schenkera. Jest lekkość, jest bluesowy klimat i bardzo pomysłowy riff.  Jeszcze lepszy jest "Take me to the Church", który zabiera nas do czasów, kiedy Doggie White śpiewał w Rainbow. Niezwykle przebojowy utwór, który zaskakuje chwytliwym riffem, a także klasycznym wydźwiękiem. Dalej mamy "Night Moods", który jest utrzymany w podobnym stylu co 'Take me to the church", który utrzymuje stylizacje Rainbow. Lekki, finezyjny riff, złożone solówki czynią ten utwór prawdziwą perełką. "Everest" to jeden z najszybszych utworów na płycie i to tylko potwierdza w jakiej formie jest Michael Schenker. W tej samej lidze mamy energiczny "Time knows when its time". W tym kawałku mamy bardzo pozytywną energię i sporo frajdy jeśli chodzi o melodie. Michael potrafi zagrać na wysokim poziomie i dać upust swoich umiejętności w instrumentalnym kawałku. "Salvation" to popis shredowego grania i dzieje się tutaj naprawdę sporo, co jeszcze bardziej potęguje doznania. Na koniec mamy nieco majestatyczny "The last supper", który zabiera nas w rejony mocnego hard rocka. Schenker pokazał klasę. Nic nie musi udowadniać światu, a jednak pomimo swoich lat wciąż potrafi zaskoczyć, a "Resurrection" jest tego dowodem. Płyta jest dynamiczna, przebojowa i niezwykle zróżnicowana. Jedna  z najciekawszych płyt roku 2018 i jedna z moich ulubionych płyt tego gitarzysty!

Ocena: 9/10

OBLIVION - Resilience (2018)

Joe Amore do tej pory był kojarzony z francuskim Nightmare. Jego specyficzna maniera i aspekty techniczne sprawiły, że Nightmare stał się jednym z najlepszych kapel grających heavy/power metal.  W 2016 roku Jo Amore oraz dwóch innych dawnych muzyków Nightmare powołało do życia zespół o nazwie Öblivïon. Jakby nie spojrzeć na ten band to i tak dostrzeżemy w ich muzyce sporo elementów wyjętych z twórczości Nightmare.Band skupia się na graniu heavy/power metalu, w którym nie brakuje elementów również progresywnych. W tym roku panowie postanowili wydać swój debiutancki album zatytułowany "Resilience". Ta płyta mogłaby się ukazać pod nazwą Nightmare. Mocny, wyrazisty wokal Jo Amore, do tego rozpędzona sekcja rytmiczna i zadziorne riffy staffa robią spore wrażenie i przypominają nam najlepsze lata Nightmare. Już melodyjny "Honor and glory" imponują energicznym riffem i chwytliwym charakterem. Prawdziwa power metalowa petarda i dobrze, że Amore nie marnuje swojego talentu. Złożony "In the arms of a queen" ma w sobie sporo z progresywnego metalu i znakomicie wpisuje się to w styl Nightmare z ostatnich płyt. Na debiucie Oblivion nie brakuje też agresywnych utworów i świetnie to potwierdza rozpędzony "Bells from Babylon". Dalej mamy nieco zadziorny i rytmiczny "Shine in my galaxy", które imponuje podniosłym wydźwiękiem. Jednym z moich ulubionych kawałków na płycie jest ostry "Evil Spell", który pod względem instrumentalnym przypomina dokonania Primal Fear. Do grona ciekawych utworów na pewno warto zaliczyć przebojowy "Facing the enemies", czy zadziorny "Race is on". W zasadzie to ciężko wytknąć tej płycie jakieś wady, czy nie do ciągnięcia. Jasne można by nieco bardziej urozmaicić materiał i wnieść więcej przebojowości, ale i bez tego Oblivion robi spore wrażenie. Dla fanów Nightmare pozycja obowiązkowa.

Ocena: 8/10

sobota, 3 marca 2018

VHALDEMAR - Againts All kings (2017)

Hiszpański Vhaldemar to jeden z najlepszych albumów w kategorii heavy/power metalu. Działają od 1999r i dali się poznać fanom za sprawą coveru Helloween tj "Gorgar". Wtedy stali się bardziej rozpoznawalni, a kluczem do sukcesu okazały się dwa pierwsze albumy. Niestety tak jak szybko udało im się przebić do najciekawszych kapel gatunku, tak niestety szybko przepadli. w 2011 r powrócili z albumem "Metal of the world",który ukazał się po 8 latach przerwy. Było bardzo dobrze, ale jakoś nie było tej magii co na początku. "Shadows of Combat" również przedstawiał dobrą formę zespołu, ale tez nie było jeszcze takiego poziomu jak na dwóch pierwszych albumach.  Tą trudną sztukę udało się osiągnąć za sprawą najnowszego dzieła zatytułowanego "Againts all kings". Mamy tutaj mieszankę stylów wypracowanych na przestrzeni lat przez Manowar, Gamma Ray czy Paragon. W efekcie dostajemy praktycznie perfekcyjny album, który z jednej strony jest dynamiczny i bardzo ostry niczym brzytwa. To jednak ma też swoje drugie oblicze, które jest bardzo melodyjne i przebojowe. Fani gatunku będą wniebowzięci i z marszu przypomną sobie najlepsze czasy Vhaldemar. Carlos w roli lidera wypada znakomicie. Nie dość imponuje ciekawą manierą wokalną to jeszcze w dodatku wygrywa sporo wciągających riffów. Tak tworzy się prawdziwej klasy heavy/power metal. Znów można poczuć magię z debiutu. Do tego dochodzi wymowna okładka i soczyste brzmienie, które podkreśla agresywność albumu.  Na starcie mamy czysty heavy metalowy hymn w postaci "Metalizer".  Energiczny i w klimatach paragon "1366" to kolejna odsłona Old kings Visions. Kto lubi "Enemies of Fun" Hansena czy "To the metal" Gamma Ray ten polubi tytułowy kawałek "Againts all kins". Marszowy i bardzo bujający kawałek. Agresja wybrzmiewa w dynamicznym "Eye for an Eye" i tutaj zespół mocno czerpie z Paragon czy Grave Digger. Atutem tego kawałka jest wciągający refren. Bardzo koncertowy utwór. "I will stand Together" ma nieco hard rockowy feeling, ale to nic nie zmienia bo to kolejny hit na tej płycie. Dalej mamy power metalową petardę w postaci "Howling at the moon"i bardziej heavy metalowy "The last to die", który przypadnie do gustu fanom Manowar. Zespół trzyma wysoki poziom przez cały album i nawet końcówka robi ogromne wrażenie. Chwytliwy "Walking in the rain" czy melodyjny "Rebel mind" to kolejne warte zapamiętania hity.  Nie ma słabych kawałków, a każdy z nich jest na wagę złota. Vhaldemar wraca do korzeni i do swojego poziomu z dwóch pierwszych płyt. Bardzo mnie to cieszy! Jeden z najlepszych albumów roku 2017.

Ocena: 10/10

piątek, 23 lutego 2018

AXEL RUDI PELL - Knights call (2018)

Czy można od przeszło trzech dekad grać swoje i nie ulegać trendom? Czy można nagrać 17 albumów i utrzymać przy tym swój styl, a co najważniejsze poziom artystyczny? Niemiecki wioślarz Axel Rudi Pell jest żywym dowodem na to, że jest to możliwe. 57 letni muzyk zaczynał w szeregach Steeler, a od roku 1989 sukcesywnie realizuje swoją solową karierę. Skład się zmieniał, ale od kiedy w kapeli jest wokalista Johnny Gioeli to band błyszczy i to pod każdym względem. Od 2013 w składzie jest perkusista Bobby Rondinelli znany z Rainbow to styl Axela jeszcze bardziej się ustabilizował. Axel przyzwyczaił nas już do swojego stylu i nigdy nie zdecydował się na zmiany czy eksperymenty, stawia na klasyczny melodyjny heavy metal z domieszką hard rocka. Cały czas axel inspiruje się Rainbow, Led zepellin czy Black Sabbath. Na 17 albumie zatytułowanym "Knights call" mamy to wszystko co na ostatnich płytach i pod względem stylu czy przebojowości przypomina nieco "Black Moon Pyramid" czy "The crest". Takie stanowisko oznacza jedno, a mianowicie to że jest to najlepszy album od czasów "Circle of the oath". Zresztą już sama okładka frontowa przywołuje na myśl właśnie wspomniany "The Crest". Niby nic nowego nie ma w "Knights Call" to jednak ta muzyka wciąż cieszy i dostarcza sporo frajdy.

Jeśli chodzi o płyty Axela Rudi Pela to zawsze mamy ten sam schemat. Na starcie pojawia się klimatyczne intro, gdzie jest budowane napięcie. Instrumentalny "The medival overture" brzmi znajomo i nie ma tutaj nic nowego. Czy ktoś oczekiwał czegoś innego? Wątpię.  Jeżeli chodzi o drugie kompozycje to Axel zawsze stawia na petardy. Tak o to wkracza "The wild and the young", który imponuje szybkim riffem i energicznym tempem. Utwór brzmi podobnie do "Too late" i to jest dobra cecha. Plusem tego albumu jest duża ilość partii klawiszowych rodem z płyt Rainbow, czy Deep Purple. Dobrze to uwydatnia "Wildest Dreams", który ma nieco hard rockowy feeling, ale też i sporo mocy  w partiach gitarowych. Utwór przypomina mi nieco erę "Black Moon Pyramid", a to dobry znak. Axel potrafi stworzyć prawdziwe hymny rockowe jak  "Rock the Nation"  na albumie "Mystica" i na nowym albumie znów mamy tego typu kawałek. "Long Live Rock" to prosty i chwytliwy kawałek, który nieco momentami nasuwa twórczość Scorpions. Jednak nie ma się co oszukiwać,  bowiem to klasyczny axel Rudi Pell. Zadziorność, hard rockowy feeling i klimat lat 80. W takiej stylizacji Johny też świetnie wypada, w końcu spełnia się też w hard rockowym bandzie o nazwie Hardline.Marszowe tempo i zadziorny riff w "The crusaders of Doom" nasuwają na myśl "Dreaming Dead" czy Black Sabbath za czasów Tony Martina.  Utwór trwa ponad 8 minut i wcale nie nudzi, wręcz przeciwnie. Co może się tutaj podobać to mroczny klimat i takie ponure tempo. Znów Johnny nadaje utworowi odpowiedniego charakteru i pazura. W środkowej części utwór zostaje przyozdobiony klimatycznymi solówkami.  Klawiszowiec Ferdy ma sporo roboty na nowym albumie i kolejnym jego popisem na krążku jest "Truth and Lies", który jest hołdem dla Rainbow. Bardzo melodyjny kawałek o hard rockowym feelingu. Jeden z największych hitów na płycie. Axel również słynie z pięknych, wzruszających ballad i znakomicie potwierdza to podniosły "Beyond The Light". Kolejnym mocniejszym utworem na płycie jest "Slaves on the run", który stylistycznie nawiązuje do drugiego kawałka z tej płyty. Do grona tych zadziorniejszych utworów śmiało można też zaliczyć energiczny "Follow the sun". Niezwykle dynamiczny i żywiołowy kawałek, który ukazuje to co najlepsze w stylu Axela. Na sam koniec jak zwykle Axel zostawia to co najlepsze. Tym razem gitarzysta zabiera nas w znane nam rejony z "Black Moon Pyramid".  Na warsztat wzięto "Kashmir" Led Zeppelin i kultowy "Stargazer" Rainbow i w efekcie wyszedł klimatyczny "Tower of Babylon". Główny riff, który nasuwa arabskie klimaty jest tutaj naprawdę urokliwy i rzuca na kolana. Axel tutaj wspina się na wyżyny swoich umiejętności, a Johnny swoim stylem momentami przypomina samego Ronniego Jamesa Dio. Sama końcówka utworu to wypisz, wymaluj "Stargazer", a to mnie bardzo cieszy.

Werdykt może być jeden. Płyta jest dopracowana i pełna przebojów. Jak przystało na Axela jest klimatycznie i bardzo zróżnicowanie. Mamy balladę, mamy kolosy i petardy. Axel nagrał znakomity album, który bije "Game of Sins" czy "Into the Storm", które nie są złymi albumami. Stylistycznie "Knights Call" nasuwa takie albumy jak "Black Moon Pyramid" czy "The crest". Jeden z kandydatów do płyty roku? Jakże inaczej.

Ocena: 10/10

ALMANAC - Kingslayer (2017)

Victor Smolski to gitarzysta, którego nie trzeba nikomu przedstawiać.  Dał się on poznać jako pracowity gitarzysta Rage, który ma swój styl. Idealnie odzwierciedla jak brzmi niemiecki, toporny heavy metal. Od kiedy nie jest już w Rage ma swój band o nazwie Almanac. Oczywiście kontynuuje on tam wszystko to co prezentował w Rage. Tak więc nie brakuje typowego mrocznego, ciężkiego topornego heavy metalu, czy power metal. W muzyce Almanac można znaleźć też pochodne patenty z Lingua Mortis Orchestra, który tworzył również z muzykami Rage. Debiut w postaci "Tsar" odniósł spory sukces, to też były spore oczekiwania wobec najnowszego dzieła w postaci "Kingslayer". Rok przerwy nie wybił muzyków ze swojego stylu i poziomu. Mamy to wszystko co na debiucie, ale w bardziej rozwiniętej formule i jeszcze na wyższym poziomie. Gitarzystę dalej wspiera Jeanette Marchewka z Lingua Mortis Orchestra, Andy B. Franck z Brainstorm i David Reedman z Pink Cream 69.Otwierający "Regicide" to taki stary poczciwy Rage, jaki kochamy. Jest toporność, mrok i zadziorność. Więcej euforii wzbudza rozpędzony i melodyjny "Children of The sacred path", który można porównać do dokonań Voodoo Circle czy nawet Dio. Jest to taki bardziej klasyczny kawałek. Niezwykły klimat otacza słuchacza w przebojowym "Guilty as charged". Atutem tego utworu jest chwytliwy motyw i ostre partie gitarowe. W "Hail to the King" jest więcej symfonicznych patentów, więcej hard rockowej maniery i do tego dochodzi bardziej epicki wydźwięk. Na płycie dominuje power metal i to można dostrzec w rozbudowanym"Kingdom of the blind",chwytliwym "headstrong" czy agresywniejszym "Red flag". Soczyste brzmienie, urozmaicony skład i kompozycje sprawiają, że znów Almanac nagrał bardzo ciekawe i wciągające wydawnictwo. Warto znać!

Ocena: 8.5/10

wtorek, 20 lutego 2018

ANNIHILATOR - For the demented (2017)

Jeff Waters to ikona thrash metalu i od 1984 sukcesywnie działa wraz z swoim zespołem Annihilator, który odegrał kluczową rolę w speed metalu i thrash metalu. Melodyjne solówki, złożone riffy, duża dawka speed metalu i technicznego thrash metalu to znak rozpoznawczy tej formacji. Skład się zmienia, wiele osób się przewija a Annihilator dalej funkcjonuje i ma się dobrze. Mamy rok 2017 i ze starego składu został tylko Jeff Waters, który pełni rolę wokalisty, gitarzysty i kompozytora. Spełnia się w tych rolach, a najnowszy album "For the demented" jest niezwykle solidny i przykuwa uwagę. Album sporo zyskuje, zwłaszcza kiedy jest się fanem Overkill czy Megadeth. Z tym ostatnim zespołem jest najwięcej skojarzeń na nowym albumie. Jeff śpiewa niczym sam Dave, a riffy które słychać są niczym wyjęte z twórczości Megdaeth. Jest dużo techniki, złożonych motywów i bardziej wyszukanych melodii. Annihilator nagrał wyjątkowo wciągający i dynamiczny album, który oczarowuje klimatem i aranżacjami. Otwierający "Twisted Lobotomy" jest drapieżny, agresywny, ale słychać, że postawiono na techniczny aspekt thrash metalu. Ciekawy riff i niezwykłą melodyjność mamy w zadziornym "One to kill". Tak więc mamy bardzo mocne otwarcie krążka. Nutka punkowego charakteru mamy w klimatycznym "For the demented". W "Pieces of You" nie brakuje balladowych zacięć, zaś "The demon You know" porywa heavy metalowym charakterem. Jednym z mocniejszych utworów na płycie jest energiczny "Phanthom Asylum", który wciąga mrocznym klimatem i agresywnością. Dalej mamy bardziej rockowy "The Way"i przebojowy "Not all there". W zasadzie ciężko się do czegoś przyczepić, bo Jeff stworzył kolejna perełkę w swojej bogatej dyskografii. Płyta na pewno przypadnie do gustu fanom "Dystopia" Megadeth.

Ocena: 8.5/10

niedziela, 18 lutego 2018

VISIONS OF ATLANTIS - The deep & the dark (2018)

Austria kryje sporo ciekawych zespołów, a jednym z tych najciekawszych jest bez wątpienia Visions of Atlantis. Jest to band, który działa od 2000r i dał się poznać jako specjalista w graniu symfonicznego heavy/power metalu. Na swoim koncie mają już 6 albumów, a na najnowszy zatytułowany "The deep and the dark" przyszło czekać fanom 5 lat.  Choć na przestrzeni lat skład kapeli się zmieniał, to jednak kapela pozostała wierna swojemu stylowi. Dalej jest to energiczny i melodyjny symfoniczny power metal, w którym słychać echa Nightwish, Edenbridge czy After Forever. Warto wspomnieć, że od 2017r zespół zasilił gitarzysta Christian, a także basista Herbert Glos z Dragony. O Sile Visions of Atlantis przesądza wokalistka Clamentine, która sprawdza się w takim graniu. Ma nieco komercyjny głos, ale czysty i na swój sposób uroczy. Na nowej płycie  znajdziemy 10 przemyślanych kawałków, które oddają znakomicie styl kapeli. Tytułowy "The deep & the dark" to przebojowy symfoniczny power metal na miarę ostatnich płyt Nightiwsh. Więcej power metalu mamy w rozpędzony "Return to Lemuria", który ukazuje bardziej zadziorne oblicze kapeli. Mocny riff jest tutaj motorem napędowym. Kolejnym chwytliwym kawałkiem na płycie jest "The silent mutiny", który wyróżnia pozytywna energia, czy właśnie atrakcyjne melodie. Płyta jest wyrównana i w zasadzie każdy kawałek potrafi zauroczyć swoimi aranżacjami czy komercyjnym aspektem. "Book of nature" to idealny przykład, że nawet bardziej popowe kawałki są tutaj niezwykle miłe w odsłuchu.Jednym z moich ulubionych utworów jest "Grand illusion", który imponuje niezwykle melodyjnym riffem i takim helloweenowym charakterem. Na płycie znajdziemy też zadziorny "Day of rackoning", power metalową petardę "Worlds of War" czy balladowy "Prayer to the lost". Visions of Atlantis nie zawiódł jeszcze mnie i póki co dostarczają mi sporo frajdy swoimi płytami. Potrafią grać melodyjnie, podniośle, a przy tym oddają to co najlepsze w symfonicznym power metalu. "The deep and the dark" to album przemyślany, zadziorny i bardzo przebojowy. Pozycja obowiązkowa dla fanów Nightwish czy After Forever.

Ocena : 8/10

ROYAL HUNT - Cast in stone (2018)

Po 3 latach przerwy Duńska formacja Royal Hunt powraca z nowym albumem. "Cast in Stone" to już 14 album w dorobku tej grupy. Od roku 2015 skład Royal Hunt jest niezmienny i  w takim składzie został zarejestrowany nowy krążek. Nie ma mowy o jakimś eksperymencie, nie ma też udziwnień, jest za to swoista kontynuacja tego co słyszeliśmy na poprzednim wydawnictwie zatytułowanym "Devils Dozen". W dalszym ciągu band skupia się na graniu mieszanki progresywnego power metalu i neoklasycznego metalu. W ich muzyce znajdziemy elementy Symphony X, Dream Theater, Queensryche, Rainbow, czy Yngwiego Malmsteena. "Cast in stone" to bardzo przemyślany album, w którym roi się od złożonych solówek, ciekawych motywów gitarowych i atrakcyjnych popisów wokalnych D.C Coopera. Może nie jest to najlepszy album tego zespołu, ale nie jest też najgorszy. Na pewno bardzo dobrze wypada 7 minutowy otwieracz "Fistful of mercy". Spokojne, ale bardzo podniosłe otwarcie pokazuje, że band jest w formie i dalej gra swoje. Brakuje nieco mocy i jakiegoś zaskoczenia. Znacznie lepiej zespół wypada w szybszym graniu, co potwierdza "the last soul alive". Utwór jest niezwykle energiczny i słychać tutaj sporo nawiązań do Rainbow czy Yngwie Malmsteena. W podobnej stylistyce utrzymany jest melodyjny "The wishing well", który jest jednym  z najlepszych utworów na płycie. Kawał dobrej roboty odwala tutaj Jonas Larsen. Płytę promował nieco progresywny " A million ways to die".  Jest to niezwykle klimatyczny kawałek, który potrafi ująć swoim romantycznym wydźwiękiem. Warto też zwrócić uwagę na neoklasyczny "Rest in peace", który imponuje energią i zadziornością. W efekcie dostajemy naprawdę udany album, który imponuje lekkością i ciekawymi popisami gitarowymi. To Roayl Hunt, który znamy, ale nie ma mowy o jakimś nadzwyczajnym krążku, który zaskakuje formą i jakością.Płyta z z serii posłuchać i zapomnieć.

Ocena: 6/10

sobota, 17 lutego 2018

AMBERIAN DAWN - Darkness of eternity (2017)

Okładka najnowszego dzieła fińskiej formacji Amberian Dawn mówi uciekaj i nie sięgaj po ten album. Bije z niej kicz i popowy charakter, co nieco odstrasza. Jednak zespół znam i poprzednie wydawnictwa utkwiły głęboko w pamięci i często się po nie. Znają się na symfonicznym power metalu z domieszką neoklasycznego power metalu, co już dostarcza sporo frajdy słuchaczowi. Muzyki w stylu starego Dark Moor, Nightwish czy Iron Mask są jak najbardziej pożądane. Nowy krążek zatytułowany "Darkness of Eternity" jest typowy dla tej formacji, czyli nie brakuje szybkich galopad, przebojów, chwytliwych melodii i neoklasycznych patentów.  Motorem napędowym zespołu jest bez dwóch zdań wokalistka Capri, która ma nieco operowy wokal, troszkę taki podniosły, co dodaje smaku całości. Z kolei Tuomas i Emil dbają o ciekawe partie gitarowe i mocne doznania. To jak brzmi całość zdradza energiczny "I'm the one", który ukazuje w jak dobrej formie jest zespół. Nie brakuje nutki komercyjności, co potwierdza "Sky is falling" czy spokojny "maybe". Uwagę zwracają bez wątpienia bardziej power metalowe kompozycje typu"Golden Coins", melodyjny "Abyss" czy przebojowy "Ghostwoman". Jak ktoś lubi takie klimaty, ten szybko polubi najnowsze dzieło finów. Nie jest to może album, który podbije notowania roku 2017, ale ma w sobie coś co czyni go klimatycznym i wartym uwagi.

Ocena: 7/10

środa, 14 lutego 2018

OZ - Transtion State (2017)

Zmiany personalne mogą być zwiastunem czegoś złego w zespole, a czasami może wprowadzić ożywienie do kapeli i wnieść powiew świeżości. Kultowy fiński band o nazwie Oz przeżył nie tak dawno bo w 2010 reaktywację i powrót po latach, żeby potem ulec rozpadowi. Perkusista Mark Ruffneck postanowił dalej tworzyć i grać z Oz. Zebrał nowy skład i nagrał z nowymi muzykami nowy album w postaci "Transition State". Oz kontynuuje swoją przygodę z klasycznym heavy metalem i rozwija patenty, które wypracował jeszcze w latach 80. Piękne jest to, że lata lecą, ludzie w zespole się zmieniają, a Oz dalej gra na wysokim poziomie i wciąż nas zaskakuje. Mroczna i prosta okładka robi smaka na zawartość, która jest idealnie wyważona. Nutka szaleństwa, sporo ostrych riffów, dynamika i masa chwytliwych przebojów. Brzmienie jest takie zadziorne i wzorowane na latach 80, przez co album brzmi oldschoolowo i tak klasycznie. Vince Kojvula świetnie sprawdza się w roli wokalisty. Brzmi jakby był w zespole od dawna i do tego jego specyficzna charyzma, która współgra z klimatem lat 80. Warto też wspomnieć o Johnym i Juzzym, którzy dwoją się i troją by zabawić słuchacza. Miło się słucha ich pojedynków na solówki. Nie brakuje hard rockowych patentów co pokazuje otwierający "Bon Crusher" czy energiczny "Restless". Dalej mamy kolejny hit w postaci "Heart of the beast", który trąci mocno WASP. Echa NWOBHM mamy w prostym "drag you to hell". Na płycie roi sie od mocnych, prawdziwych heavy metalowych killerów i agresywny "The witch" to potwierdza. Nie zabrakło też spokojnej ballady i w tej roli sprawdza się klimatyczny "The Mountain". Całość zamyka marszowy "We'll never die". Wszystko potwierdza, że nowy Oz jest wysokiej klasy. Płyta wyrównana, dynamiczna i klasyczna. Warto znać!

Ocena:8.5/10

sobota, 10 lutego 2018

PANZER - Fatal Command (2017)

W roku 2014 został powołany niemiecki Panzer i to z inicjatywy dwóch muzyków Accept : Hermana Franka, Stefana Schwarzmanna oraz Schmiera z Destruction. Herman faktycznie mógł się w końcu wyszaleć po okresie tłumienia się w Accept. Debiutancki album "Send them all to Hell" okazał się świetną mieszanką teutońskiego heavy metalu i thrash metalu. Herman wygrywał ostre i bardzo zadziorne riffy, Stefan dbał o dynamikę, a Schmier swoim wokalem nadał całości agresji. Niestety Herman odszedł, a Schmier musiał wezwać posiłki. Do grupy dołączył V.O Pulver z Poltergeist oraz Pontus Norgen z Hammerfall. Z takim składem powstał "Fatal Command". Płyta jest o tyle ciekawa, że kontynuuje to co zespół zaczął, a z drugiej strony jest bardziej dojrzała i bardziej melodyjna. Schmier przejął dowodzenie to i płyta ma więcej znamion thrash metalu. Soczyste, agresywne brzmienie tylko to uwydatnia. Już promujący album "Satans Hollow" pokazuje, że zespół jest pewny swoich możliwości. Jest agresja, power i fani accept, destruction czy Headhunter szybko się odnajdą wtej wybuchowej mieszance. Tytułowy "Fatal Command" to taki rasowy, niemiecki heavy metal. Dwóch gitarzystów też zmieniło brzmienie i jakość Panzer, co słychać na każdym kroku. Bardzo dobrze to potwierdza melodyjny "Scorn and Hate" czy power metalowy "Afflicted". Sporo jest mocnych killerów i jednym z moich faworytów jest "Bleeding Allies"w który gitarzyści dają niezłego czadu. Ciarki przechodzą kiedy wkracza prawdziwy ciężki walec w postaci marszowego "The decline...(and the Downfall)". Na koniec mamy jeszcze petardę w postaci "Promised land". Płyta nie ma słabych punktów i tylko pokazuje jak znakomitym muzykiem jest Schmier, który odnajduje sie nie tylko w thrash metalu, bo i heavy metal wysokiej klasy potrafi tworzyć. Gorąco polecam!

Ocena: 8.5/10

piątek, 9 lutego 2018

VISIGOTH - Conquerors oath (2018)

Wystarczyło 8 lat by nikomu nie znany Visigoth stał się jednym z najbardziej wyjątkowych zespołów w kręgu heavy metalu. Band idzie w ślady Manilla Road, Omen czy nawet Grand Magus. Ich muzyka to mieszanka takie typowego true heavy metalu i amerykańskiego heavy/power metalu. Niby młoda kapela, która działa od 2010 r i ma na swoim koncie tylko dwa albumy, a pokazują jak są dojrzałym bandem i jak śmiało sięgają po patenty z lat 80. Do tego wszystkiego dochodzi tematyka mitologii, fantasy czy rycerska. To idealna mieszanka, zwłaszcza jak ktoś pała miłością do amerykańskiej sceny metalowej. Długo wyczekiwany drugi krążek o nazwie "Conqueror;s Oath" to album, który z jednej strony rozwija patenty z debiutu, ale przede wszystkim jest lepszy pod wieloma względami. Na plus jest na pewno nieco krótszy czas trwania i bardziej treściwe kawałki. Duża przebojowość i precyzja w aranżacjach. Tutaj nie ma miejsca na przypadek. Wszystko jest idealnie dopasowane. Począwszy od klimatycznej okładki, przez przybrudzone brzmienie, kończąc na przemyślanym materiale. Sukces tej kapeli tkwi przede wszystkim w charyzmatycznym wokaliście Jake'u Rogersie, który nadaje całości epickości i tego amerykańskiego klimatu. Jamison i Leeland z kolei dbają o aspekt instrumentalny. W tej sferze mamy różnorodność i znajdziemy bardziej złożone riffy, jak i te dynamiczne i bardzo zadziorne. Nie ma mowy o nudzie. Płytę tworzy 8 utworów i w sumie każdy z nich ukazuje piękno tej kapeli. "Steel and Silver" to klasa sama w sobie. Melodyjne wejście gitar, a potem marszowe tempo i ta epickość, która wybrzmiewa na każdym kroku. Jednak w czasach różnych dziwactw i eksperymentów można stworzyć heavy metal w najlepszej okazałości. Dalej mamy rozpędzony "Warrior Queen", który idealnie promował cały album.Energiczny riff i hard rockowy feeling idealnie się tutaj sprawdza. Jeszcze szybciej i jeszcze więcej iron maiden mamy w dynamicznym "Outlive them all". Kompozycja pod względem przebojowości i dynamiki nasuwa poniekąd amerykański heavy/power metal.Marszowy "Hammerforged" to ukłon w stronę bardziej doom metalu i graniu spod znaku Grand Magus. Zespół potrafi zaskoczyć swoim rozbudowanymi kawałkami i ta "Traitors Gate" imponuje klimatem i napięciem. Od samego początku słuchacz jest trzymany w napięciu. Klimatyczne, balladowe wejście, a potem przyspieszenie i jazda bez trzymanki. Czuje się jakbym cofnął się w czasie i słuchał płyty z lat 80. Z kolei w "Salt City" można poczuć nieco punkowy klimat, który idealnie się tutaj sprawdza. Sam styl nieco przypomina kultowy "Running Free" Ironów.  Kolejną petardą na płycie jest "Blades in the night" i znów zespół rzuca nas na kolana. Co za energia, co za popisy gitarowe. Całość zamyka podniosły i epicki "The conqueror;s Oath". 8 utworów szybko mija, ale wrażenia z odsłuchu pozostają na długo z słuchaczem. Z jednej strony jest świeżość, jest klimat i patenty z poprzedniej płyty, ale wszystko jest bardziej dojrzałe, jest więcej hitów no i zespół oddaje to co najlepsze w amerykańskim heavy/power metalu. Płyta jest idealna i może śmiało konkurować o tytuł płyty roku! warto czekać na takie perełki.

Ocena: 10/10

SUBSTRATUM - Premission to Rock (2018)

"Permission to Rock" to drugi album amerykańskiej formacji Substratum. Amerykańska band działa od 2013 r i skupiają się na graniu heavy metalu z domieszką glam metalu i hard rocka. Czerpią garściami z Twisted Sister, Scorpions czy Judas Priest. Choć kapela jest młoda to mocno wzoruje się na latach 80 i nie kryje swoich inspiracji. W 2016 roku wydali bardzo dobry debiut w postaci "Substratum" i teraz po dwóch latach przyszedł czas na kontynuację w postaci "Permission to Rock". Jest to album bardzo hard rockowy i bardzo klasyczny w swojej formule. Mocnym atutem tej kapeli jest wokalistka Amy Lee Carlson, które jeszcze bardziej przybliża nam złote czasy Helion czy Steelover. Śpiewa agresywnie, ale słychać w tym też miłość do metalu i lat 80. Substatum opiera się nie tylko na wyrazistym wokalu Amy, ale też na zadziornych i zgranych popisach gitarzystów Jonnego i Maxa. Stawiają na proste motywy i klasyczne rozwiązania, przez co płyta zyskuje na jakości. Okładka frontowa jak i brzmienie zostały ukształtowane na lata 80 i jest to zgrane z tym co słychać na płycie. Otwieracz "Rough Rider" przyprawia o dreszcze i na taki heavy metal w stylu lat 80 zawsze jest zapotrzebowanie. Niby brzmi to jakby było przemielone kilka razy, ale i tak wpada w ucho i rzuca na kolana. 7 minutowy "Cemetery of State" to bardziej toporny kawałek i skierowany do fanów Accept czy Judas Priest. Riff jest tutaj bardzo zadziorny i rytmiczny. Melodyjny "Locked and loaded" to bardziej chwytliwy kawałek, który ukazuje przebojowy aspekt tej płyty. Kolejnym ukłonem w stronę niemieckiego heavy metalu jest toporny "Exxtremer", który kusi mrocznym klimatem. Z kolei fani Iron Maiden mogą pokochać rozpędzony "Zero to infinity". Bardzo dobrze wypada też marszowy "The source of all creation". Jest to kompozycja bardziej w stylu amerykańskim i ukazuje dorobek tego kraju w heavy metalu. Całość zamyka hard rockowy hit w postaci "Up on wheels". Takie płyty to ja kocham. Szczere, czyste heavy metalowe granie z klimatem lat 80. Do tego jeszcze wisienka na torcie w postaci wokalistki Amy. Cały materiał kipi energią i pomysłowością. Niby to wszystko było, ale wciąż dostarcza sporo frajdy. Kolejna płyta na którą warto zwrócić uwagę w tym roku!

Ocena: 8.5/10

REAPERS REVENGE - Virtual Impulse (2018)

Niemieckie kapele zawsze mi imponowały. Zespoły z tamtego rejonu cechuje niezwykła pracowitość, dbałość o detale i nacisk na wysoki poziom muzyki. Zawsze można liczyć na ostre riffy, chwytliwe refreny i taką jazdę bez trzymanki. Młody Reapers Revenge to kapela, która działa od 2013 r i od tamtego czasu błysnęła debiutem "Wall of fear and darkness". Teraz po 4 latach formacja wraca z nowym dziełem zatytułowanym "Virtual impulse". Jest to płyta skierowana do maniaków heavy/power metalu, do słuchaczy, którzy cenią sobie jakość i ciekawe kompozycje. Znajdziemy tutaj zarówno mocne riffy, ciekawe popisy gitarowe autorstwa Christophera i Phillipa. To płyta dynamiczna, bardzo metalowa, pełna atrakcyjnych melodii i wpadających w ucho motywów. Słychać inspiracje kolegów po fachu tj Primal Fear czy  Skanners. Mocnym atutem jest bez wątpienia charyzmatyczny wokalista Christian Bosl, który nadaje całości agresji i wyrazistości. Ciężko tutaj o słabe punkty, bowiem w każdym calu ta płyta jest udana. Brzmienie podkreśla agresywność kawałków i podkreśla auty instrumentalistów. "Just a second" to prosty i łatwo wpadający utwór heavy metalowy. Nawiązania do lat 80 są słyszalne, aczkolwiek zespół chce to podać w własnej formie. Tytułowy "Virtual Impulse" wyróżnia się ciekawymi partiami gitarowymi, zwłaszcza główny riff jest tutaj bardzo uroczy. Dalej zostajemy w mocarnym heavy metalu rodem z płyt Primal fear. Jeszcze więcej nawiązań do Primal fear mamy w zadziornym "Bringer of light". To jest taka wizytówka tej płyty i definicja tego co gra zespół. Nie odnajdziemy tutaj czegoś nowego, są za to znane motywy gitarowe i taki "The reapers dance" brzmi znajomo. Panowie znakomicie przenoszą klimat niemieckiego heavy metalu. Spokojniejszym kawałkiem jest "Two of me", który ukazuje bardziej rockowe oblicze kapeli. To pokazuje, że w każdej formie potrafią się odnaleźć. Z kolei jednym z najszybszych utworów na płycie jest power metalowy "Brainwashed". Niezwykle agresywny i dynamiczny kawałek, który potrafi rzucić na kolana. Równie ciekawy jest energiczny "Storm of Damnation" czy "Go your own way", które idealnie nawiązują do twórczości Paragon. Każdy utwór na tej płycie jest warty uwagi. Soczyste brzmienie, dobrze zgrany band i materiał, który jest z górnej półki dają sporo frajdy i czynią ten album jednym z najciekawszych w tym roku. Gorąco polecam.

Ocena: 8.5/10

czwartek, 8 lutego 2018

DEATH KEEPERS - Rock This World (2018)

Czas na jakiś debiut roku 2018. Moja propozycja to hiszpański Death Keepers, który działa od 2011r. Nie tylko ujęli mnie chwytliwą nazwą kapeli, czy swoim umiejętnościami, ale bez wapienia swoim debiutanckim albumem o nazwie "Rock This World". To płyta do bólu wtórna i pełna inspiracji wielkich kapel typu Helloween, Def Leppard, Krokus, Iron Maiden czy Judas Priest.Zespół młody zgrany i wie co chce grać. Klasyczny heavy metal z wyraźnymi wpływami power metalu czy hard rocka, a wszystko na zwór kapel z lat 80. Niby nic nowego, ale zawsze miło widzieć kolejną kapelę, która idzie w ślady White Wizzard, Skull Fist, czy  Vulture.  Edy i Antonio tworzą zgrany duet i wygrywają proste i bardzo chwytliwe solówki, które są piękną ozdobą albumu. Wszystko zagrane z luzem i miłością do lat 80. Nawet wokalista Dey Rus brzmi jakby urodził się w latach 80. Śpiewa czysto i z taką charyzmą, która kojarzy się nieco z frontmanem Def Leppard. Materiał jest zróżnicowany, ale jednocześnie bardzo wyrównany. Na start mamy "Rock& roll city", który ma coś z Def Leppard, coś z Krokus czy Judas Priest. Bardzo udana mieszanka heavy metalu i hard rocka. Wystarczy prosty, godny zapamiętania riff i wokalista, który od razu zwraca swoją uwagę. Marszowy "Fireangel" to kompozycja bardziej stonowana, ale jakby bardziej przebojowa. Tutaj słychać echa Saxon, def Leppard czy nawet Scorpions. Lata 80 wybrzmiewają tutaj cały czas i to jest piękne. Power metal i nutka helloween jest rozpędzonym "Death Keepers". Utwór cechuje się ciekawą melodią i szybkim tempem. Znów lata 80 dają o sobie znać. W "Havens heaven " mozna doszukać się elementów Helloween jak i Iron Maiden. Znów energiczna petarda, która dodaje nieco powera płycie.  Tytułowy "Rock this World" to hard rockowy hit, który nawiązuje do złotej ery Krokus, czy Def Leppard. Niezwykły klimat bije z instrumentalnego "Thriving Forecast". Jestem fanem "Defenders of the faith" Judasów i takie nawiązanie do "Jawbreaker" w "Wildfire" uważam za spory plus. Sam utwór imponuje aranżacjami i atrakcyjnymi melodiami. Całość zamyka spokojny "Smooth hit love", który ukazuje rockowe oblicze Death Keepers. Nie doszukałem się słabych punktów na tej płycie. Choć wszystko już było przed laty, to jednak Death Keepers bardzo fajnie to wykorzystał dla swoich potrzeb i wyszedł z tego naprawdę udany debiut. Dla fanów heavy metalu lat 80 płyta obowiązkowa.

Ocena: 9/10

ARMORED DAWN - Barbarians in black (2018)

Armored Dawn powraca po dwóch latach przerwy z nowym albumem zatytułowany "Barbarians in Black" i jest to kolejna propozycja z Brazylii w tym roku. Nie ma zmian personalnych, ani też stylistycznych, bowiem band dalej gra swoje czyli heavy/power metal w takiej bardziej epickiej formie. Całość podana jest w nowoczesnej oprawie, tak więc nie brakuje nieco brudu w brzmieniu, czy agresywniejszych riffów. Band działa od 2011r i póki co mają na swoim koncie całkiem udany debiut. Można doszukać się wpływów Orden Ogan czy Angra. Band stawia na zróżnicowanie i bardziej wyszukane melodie, to też nowa płyta nie jest aż taka łatwa w odbiorze. Na pewno kawał dobrej roboty odwalają gitarzyści - Tiago i Timo w agresywnym "Bewere of the dragon". Niezwykle podniosły utwór, ale też naszpikowany energią i agresją, co słychać po znakomitym riffie. Przebojowy "Bloodstone" to utwór, który aranżacjami i klimatem przypomina dokonania Orden Ogan. Wartym uwagi na pewno jest power metalowy killer  w postaci "Chance to live again", który ukazuje jak grać nowocześnie podany power metal. Swój popis wokalny ma tutaj Eduardo, który jest głównym motorem napędowym Armored Dawn. Dobrze też wypada melodyjny "Eyes behind the Crow", który ma coś z twórczości Nightmare czy Primal Fear. Mocna kompozycja, które nieco urozmaica cały materiał. Heavy metalowy hymn to idealne określenie do kompozycji "Gods of Metal". Bije z niego niezła epickość i taka szczerość. Dobry hołd dla heavy metalu.Całość zamyka bardziej progresywny "Barbarians in Black".  Armored Dawn nagrał solidny album, ale nieco gorszy niż poprzednik. Jest agresja, nutka nowoczesności, jest epicki metal, ale całościowo dalekie to od ideału. Brakuje mocnego uderzenia, bardziej wyrazistych kompozycji. Płytę można obczaić z ciekawości, ale nie ma co oczekiwać płyty roku.

Ocena: 6/10